czwartek, 18 grudnia 2014

W świecie sztuczności

Czy zauważyliście, że coraz częściej mówi się o sztucznym poprawianiu urody? Zaczynając od operacji plastycznych grubszego kalibru, poprzez powiększanie piersi, botoks, aż po tak niewinne zabiegi jak doczepienie sztucznych rzęs? Mimo, iż nie należę do osób szczególnie pilnie śledzących nowinki z życia naszych „gwiazd” to jednak co rusz rzuca mi się w oczy wzmianka, że ta Pani zrobiła sobie to, a tamten Pan tamto. Powiedzmy, że mam do tego stosunek raczej neutralny, jak ktoś się lepiej czuje posiadając piersi o 2 rozmiary większe to czemu nie? Natomiast zauważyłam, że strasznie dużo osób reaguje na takie newsy krytyką. A tu mówimy tylko o osobach z pierwszych stron gazet. A przecież wśród nas, przeciętnych Kowalskich też są osoby które poddają się takim zabiegom.

Pytanie: czy naprawdę jest to takie złe?
Pod jednym ze zdjęć na których jedna z w/w Pań miała doczepiana włosy, ktoś napisał: „czy nie jest Ci przykro kiedy wieczorem przychodzisz do domu, odczepiasz włosy i widzisz jakie swoje własne masz liche?” Jak to przeczytałam, to nie wiem jak jej, ale mi zrobiło się przykro! Wiadomo dlaczego. Jeśli mam liche włosy to mam to podkreślać? Jeśli mam nadwagę to mam ubierać się tak, że będzie to widoczne jeszcze bardziej? Jeśli jestem niska to buty na obcasie są nie dla mnie? Mam krótkie rzęsy to dlaczego nie mogę mieć tak jak moje koleżanki długich i gęstych? Myślę, że mogłabym wymieniać tak jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Czy ktoś ma prawo nas krytykować za to, że chcemy czuć się lepiej sami ze sobą i zarzucać nam, że przez to jesteśmy sztuczni? Czasy się zmieniają i to one generują jacy jesteśmy. Jest popyt, jest podaż. Proste.

Podam Wam kilka przypadków, które gdzieś tam krążą w moim świecie i chyba dosyć dobrze obrazują to co chcę powiedzieć.
Wiecie z czym zawsze kojarzyła mi się Panna młoda: jak daleko sięgam pamięcią, zawsze z tipsami. Pewnie dlatego, że dywan przed ołtarzem zamiast kwiatami był zawsze usłany tipsami, a już nie wspomnę o tym ja wyglądała podłoga po zabawie weselnej i tutaj już nie tylko wkład Panny Młodej był widoczny. Wiadomo czasy się zmieniły, teraz są żele, hybrydy czy inne kosmosy i już nikt nie przykleja na Kropelkę sztucznych paznokci. Ale pytanie czy jeśli w tym tak ważnym dniu Panna Młoda chce mieć piękne dłonie, bo w końcu oczy każdego są zwrócone  w jej stronę, to dlaczego ma nie chcieć wyglądać równie ładnie każdego następnego dnia? Pamiętam, że jako nastka przemierzałam takie sztuczne paznokcie i zazwyczaj te które miały iść na mały palec pasowały mi na kciuk. I jak tu iść do ślubu? Moje brzydkie, jak ja się pokażę? A z dnia codziennego? Idę do pracy na spotkanie z klientem i co? Klient, facet ma ładniejsze paznokcie niż ja! Moje są słabe, łamliwe, szału nie robią. Co robię? Chowam dłonie w rękaw, nich nie widzi. Wstydzę się. 

Kolejny przykład: malowanie brwi, teraz bardzo na topie, najlepiej grube czarne odbiegające mocno od ich naturalnego wyglądu. I super! Bo dzięki temu też ja nie wyglądam dziwnie kiedy muszę sobie domalować 1/3 jednej brwi ponieważ tyle mi wypadło.  Zanim moje ŁZS i nieumiejętne operowanie pęsetą zrobiły mi krzywdę na twarzy, miałam bardzo grube, gęste i ciemne brwi. I dalej chcę mieć takie! A, że muszę domalować, trudno! Po jakimś czasie wszyscy chyba uznali, że takie mam i tak jest dobrze, chociaż początkowo padały pytania czy idę odprawiać mszę na cmentarzu. Moje poprawianie brwi to naprawdę nie inwazja kosmitów i robię to bardzo z wyczuciem. Zresztą jak cały makijaż. No, ale zapewne widać, że są ciemniejsze i ktoś kto mnie dobrze zna zobaczy różnicę.
Ostatnio poszłam na spotkanie ze znajomymi, męskie grono więc wiadomo: tapeta perfekcyjna, wszystkie parchy na twarzy pokryte równo gładzią-podkład się jeszcze nie zdążył zaważyć, na oko cień, tusz, pomadka na usto...czyli tak naprawdę tak samo jak każdego dnia, tylko wersja przed pójściem do pracy a nie już po 8h. I co usłyszałam: ojej jak ja ładnie wyglądasz, a chwilę później jechane: wcześniej tak nie wyglądałaś! Nie sterałaś się! A jak zmyje to jej poznać nie będzie można! 

Wymieniłam wyżej buty na obcasie. Co prawa nie miało to nawiązania do mnie, ale opowiem dosyć zabawną anegdotkę ze swojego życia. Nie należę do osób wysokich o czym już kiedyś wspomniałam. W butach na obcasach mino to nie chodzę często ponieważ w 99% przypadkach jak danego dnia je przywdzieję, to się okazuje, że mimo iż plan był inny, muszę biegać przez cały dzień po mieście, cierpię przez to okrutnie i modle się o to, żebym mogła w końcu usiąść. Natomiast nie ukrywam, że zdarzają się te rzadkie chwile kiedy można mnie zobaczyć o te 5cm wyższą. I wiecie co wtedy słyszę? Że oszukuję. Pierwszy raz jak to od kogoś usłyszałam, to nie wiedziałam o co chodzi, ale kolejna osoba mi wytłumaczyła: oszukujesz, założyłaś obcasy, a tak naprawdę jesteś niska. Niestety mój umysł nie do końca to ogarnia. Jest ewidentnie sprzeciw społeczeństwa na to, żeby niskie osoby nosiły obcasy. Dlaczego? Nie wiem, bo nawet w obcasach nadal jestem niska, więc nie powinnam moim wzrostem modelki nikogo wpędzać w kompleksy.

No to jak to w końcu  jest? Dobrze czy źle? Jeśli się pomaluję i wiem, że wyglądam lepiej, bo w końcu tak usłyszałam, to czy mam tego nie robić, bo jak zmyję makijaż to będę wyglądała gorzej? Czy jak doczepię włosy i wyglądają one na gęstsze i dzięki temu mam większą pewność siebie, to mam tego nie robić, bo przecież będę musiała w końcu je odczepić i rzeczywistość mnie przygniecie? Mam zmarszczkę na czole, wyglądam jakbym była wściekła, dodaje mi lat, to czy nie mogę skorzystać z botoksu, bo kogoś to zaboli, bo przecież powinnam starzeć się godnie? Zacytuje mojego ojca: starość jest brzydka. Z punktu widzenia artystycznego nie, ale np. mój ojciec, pan w podeszłym wieku tak siebie postrzega. Co robi? Zaczął uprawiać sport, bardziej dbać o siebie, bo chce wyglądać młodziej. I czy ktoś powie 60cio letniemu mężczyźnie: Panie, starzej się godnie? Zgadzam się z tym, że niektóre rzeczy mogą razić. Zrobił się taki trend na to, żeby wszystko w sobie poprawiać, ale mam wrażenie, że to nawet nie tyle jest kwestia tego, że ludziom się to nie podoba, tylko kwestia zazdrości. Ani by nie doczepili sobie sztucznych rzęs, ani nie powiększyli piersi, więc jakim prawem ktoś to zrobił i wygląda lepiej? 

Kiedy znajome chodzą do kosmetyczki to mam mieszane uczucie. I myślę, że to jest właśnie zazdrość. Mam negatywne odczucia odnośnie takich wizyt, bo sama z nich nie korzystam. I to nawet nie dlatego, że nie mam czasu, pieniędzy (chociaż nie wiem ile kosztują takie zabiegi, więc może faktycznie nie mam na to pieniędzy), ale dlatego, że na myśl o tym, że ktoś miałby mi coś robić przy twarzy mam gęsią skórkę. Mam brzydką cerę, ale nie oddam się w czyjeś ręce. I mi zazdrość, jak widzę te piękne pyszczki a ja muszę chować się pod toną pudru. Ale czy one tego mają nie robić, bo ja mam inne zdanie? Nie. Więc nie wypowiadam się źle o nich, czy o tym, że z tego korzystają, czy że są sztuczne, bo ja tego nie robię. 

Jakie macie zdanie na ten temat? Czy uważacie, że faktycznie wszystko robi się coraz bardziej sztuczne (chociaż  akurat temu zaprzeczyć nie można, bo tak jest) i czy jest to tak bardzo złe? Czy przez to, że jest to coraz bardziej popularne, osoby które naprawdę takich zabiegów potrzebują, nie wyglądają dzięki temu nienaturalnie? Chociażby właśnie na przykładzie moich brwi: jeśli nie byłoby trendu na domalowane grube krechy to wyglądałabym dziwnie próbując ukryć ubytki, bo bym się wyróżniała, a dzięki temu zlałam się z tłumem. Pewnie, że czasami fajnie się wyróżniać, ale pamiętajmy, że to nie koniecznie marzenie każdego;)


środa, 19 listopada 2014

Loxon po 5 miesiącach + aktualne szampony

Spóźniony post z Loxonowego cyklu. Na początku listopada minęło 5 miesięcy.

  • włosy wypadają nadal
  • ale są i nowe włosy
U dołu strony będzie zdjęcie które może do końca nie obrazuje realnego stanu, ale widać, że przy zakolach mam już takie paromiesięczne kłaki, tak na oko ok. 7cm długości. Nie są one grube, zresztą ja z natury nie mam grubych włosów, więc nie tworzą mi nad czołem takiej pięknej aureolki którą mogą się poszczycić posiadaczki "grubszego włosa".  Niestety nie są również mocne, więc nie spodziewam się, że zostaną na dłużej, ale jakby tak obiektywnie popatrzyć, to przy ilości które dziennie gubię to co odrasta w jakimś stopniu uzupełnia braki tak, że nie porażam jeszcze łysą glacą. Nadal więc stosuję w/w specyfik i czekam, aż ograniczy wypadanie. Jedna z Was napisała mi, że drugie podejście wymaga więcej czasu, więc cierpliwie będę czekać.

Żeby sobie jednak czekanie umilić postanowiłam się wspomóc Solgarem, olejem łopianowym oraz wcierką z kozieradki. Zarówno do oleju łopianowego jak i do kozieradki miałam już kilka podejść, ale za każdym razem było gorzej niż lepiej. No ale kto nie próbuje ten nie ma. Oleju postanowiłam nakładać naprawdę znikomą ilość, ale przy nakładaniu wmasowywać co kazało się być strzałem w 10kę. Sam masaż trochę włosów pozbawia, no ale też jest potrzebny a przy okazji rozprowadza tą niewielką ilość oleju. Natomiast żeby go zmyć zostawiam na kilka minut szampon na skórze. Ewa z bloga Włosy na emigracji pisała kiedyś, że w ten sposób skutecznie usuwa olej z włosów, tylko zamiast szamponu stosuje odżywkę. Zaadaptowałam do siebie:)

Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale jestem absolutną maniaczką szamponów. O ile wszystkie maski i odżywki w większości i tak lądują jako zamiennik dla żelu do golenia na moich nogach, tak szampony mają specjalne względy. Zawsze mam ich za mało! I naprawdę zawsze ich wszystkich używam. No chyba, że jest to jakiś straszny bubel to albo bez ceregieli wyrzucam do kosza, albo zostawiam na wypadek jakby mi się skończył płyn do mycia podłóg. Zapewne rasowe włosomaniaczki i tak biją mnie ilością na kolana, ale moi znajomi którzy nie mają takich włosowych fantazji łapią się za głowę. No cóż, nie każdy urodził się z rozwiniętą wyobraźnią. Tak! Można posiadać 10 szamponów i zużyć je przed upływem daty ich przydatności, a w między czasie uzupełnić kolekcję o kolejne 10 butelek:)

Oto one, szampony które aktualnie zdobią (zagracają) mój salon kąpielowy (łazienka 3,5m2 bez ani jednej szafki czy półki w której można coś schować). 

Od lewej:
  • wszystkim znana Mydlnica Lekarska z Fitomedu, za naprawdę nieduże pieniądze rewelacyjny szampon dla osób z ŁZS. Nie wiem jak się sprawdza w stanach  ciężkich, ale u mnie utrzymuje stan zaleczony. Ten kto ma na skórze takie skupiska łoju (maź) czy kulki łoju, wie, że to już jest skóra zaklajstrowana. Wyciągając włos z głowy na końcu oblepiony kulką łoju wiedzą, że to nie są dobre symptomy. Szampon systematycznie stosowany pozwala na oczyszczenie skóry i to dość dokładne. Na początku może przesuszać. Miałam taki efekt, ale po kilku zastosowaniach skóra już tak na niego nie reaguje. Tak samo sytuacja ma się jeśli mówimy o oczyszczania skóry. Nie nastąpi to przy 1-2-3 myciu. Szampon tak samo jak wszystko potrzebuje czasu. 
  • Szampon Konopny. Przy regularnym stosowaniu naprawdę dobry. Początkowo nie widziałam dużej różnicy między nim a innymi szamponami, ale muszę powiedzieć, że czyści bardzo dobrze. Minusem jest to, że trzeba z nim chodzić na głowie 10min, co nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, bo o ile z wytworzoną z szamponu pianą można usiąść i te parę minut poczekać, tak ten szampon się prawie nie pieni, więc chodzimy ociekając wodą, co nie jest przyjemne. Druga kwestia to właśnie to, że trzeba być przy nim systematycznym. Szampon stosuje się 3-4 razy w tygodniu i trzeba tego pilnować. Ostatnim minusem i dla mnie największym jest jego wysoka cena. 
  • Szampon dziegciowy apteczny Babuszki Agafii. nabyłam czysto przypadkowo podczas wizyty w eko sklepie, a że akurat byłam z koleżanką no to wpadłyśmy w zakupowy szał;) Wcześniej stosowałam od Agafii inny szampon LINK i byłam bardzo z niego zadowolona, więc uznałam, że ten będzie albo równie dobry albo nawet lepszy. Ostatecznie nie widzę dużej różnicy pomiędzy nimi, ale też jak widzicie po zdjęciu zastosowałam go raptem kilka razy.
  • szampon Organic z aloesem Urtekram LINK. Również kupiłam w eko sklepie. Jak to przy szamponach do częstego stosowania: jeśli skóra jest w dobrej kondycji to można stosować, jeśli jest w gorszej to już nie za często. Kiedyś praktykowałam metodę 3 dni szamponu delikatnego i 1 dzień zdzierak, ale teraz jest chyba jednak gorzej, bo proporcje się odwróciły. Czasami nawet po jednym dniu zastosowania delikatnego szamponu mam nadmiar łoju na skórze. 
  • Emolium:) Kto tu bywa dłużej już wie, że to obowiązkowa pozycja na mojej półce. Jego po prostu zabraknąć nie może. On również alternatywą dla zdzieraków.
  • nie ma na zdjęciu Stieproxu, ale to dlatego, że aktualnie go nie stosuję, oraz szamponu dziegciowego z Green Pharmacy, ponieważ jeszcze nie doczekał się otwarcia, aczkolwiek kiedyś już go używałam. Tutaj jakbym miała wybierać pomiędzy dziegciowymi, to raczej bym się skłaniała do Agafii. 


A na koniec kulinarny akcent: najczęściej tak wygląda moje śniadanie/ drugie śniadanie w pracy. Zazwyczaj nie ma grzanek, ale akurat byłam w posiadaniu chleba żytniego na zakwasie. Podobno zero drożdży. Uwierzyłam na słowo. Chleb jadam rzadko, więc pewnie następne grzanki będą za 2 miesiące. Wrzucam bo rozpoczynam koleją batalię o zmianę nawyków żywieniowych. Lat przybywa, tyłek rośnie;) 


i zdjęcie o którym pisałam wyżej. Ja i moje chmurne oblicze. Kolorystyka wynikająca z oświetlenia świetlówką: aż taka ruda to nie jestem;)

Przepraszam wszystkich jeśli nie odpisuję od razu, ale mogę to robić najczęściej tylko z telefonu, a moja skrzynka utworzyła sobie jakiś magiczny folder o nazwie junk którego się nie mogę pozbyć. Co usunę to wraca, a niestety mój telefon go nie widzi. Jeśli ktoś z was spotkał się z tym kiedyś będę wdzięczna za pomoc.

niedziela, 2 listopada 2014

Aktualizacja

Witam wszystkich:)
Dzisiaj mała aktualizacja, sprowokowana tym, że zastanawiam się, czy nie ściąć włosów. Wydaje mi się, że jak na mój stan, trzymanie tak długich włosów raczej nie ma większego sensu. Bije się z tą myślą już od jakiegoś czasu, ponieważ strasznie mi szkoda tej długości. Po prostu  w takiej wyglądam najlepiej, a już na pewno dużo lepiej niż we włosach sięgających ramion, więc jeśli bym decydowała się na cięcie to pewnie 4-5cm, albo już konsekwentnie jak dotychczas na boba. 
Włosy ciągną mi się już dość mocno a przez to, że są cienkie to naprawdę robią biedne wrażenie. Czasami jak się ułożą, to nawet nie ma tragedii, można wyjść do ludzi w rozpuszczonych włosach i się wygląda...przynajmniej do momentu, aż wiatr nie zawieje i nie zniszczy w ułamku sekundy misternej roboty. Na własne życzenie mam też pogorszenie stanu skóry: 2 tygodnie dyspensy i już jaki niekorzystny obrót sprawy. Także to wszystko zebrane do kupy (no i oczywiście nieustanne wypadanie włosów) sprawiło, że zaczęłam zastanawiać się nad wizytą u fryzjera. Jakbym potrafiła to chętnie ścięłabym je sama, ale pewnie byłoby z tego więcej szkody niż pożytku.

Tak podsumowując: to jest naprawdę smutne, że po 6 latach ŁZS nie mogę sobie pozwolić na chwilę zapomnienia. Wiem, że to może się skończyć tak jak teraz, ale serio, czasami po prostu już mi się nie chce. Jeśli spotykam osobę która widzę, że odżywia się dużo gorzej niż ja, je dużo więcej słodyczy niż ja a ma busz na głowie, to zaczynam się zastanawiać gdzie tu sens?

Co teraz mam w apteczce?:

To co teraz mogę powiedzieć o moim zestawie, to przede wszystkim to, że w całości stosuję go od około 2 tygodni, więc nie jest to długi okres czasu, żeby zaobserwować jakieś efekty. Odnośnie Loxonu pisałam ostatnio, więc już wiem, że w pojedynkę niewiele u mnie przy tej drugiej próbie działa. 
Natomiast na chwilę obecną jestem bardzo zadowolona z Solgaru. O ile to nie efekt placebo wywołany pozytywnymi opiniami;),  to widzę sporą różnicę w funkcjonowaniu mojego organizmu.  
  • najważniejsza zmiana to energia której dostałam. Naprawdę czuję, że mam więcej mocy, może nie do przenoszenia gór, ale nie jestem tak śnięta w ciągu dnia. 
  • nie budzę się w nocy. Nie wiem czy to przypadek, ale od momentu kiedy go biorę obudziłam się w nocy tylko 2 razy. Raz za sprawą %;), a drugi raz miał miejsce dzisiaj: zaatakowały mnie w nocy komary (liczba mnoga) i to nie jest żart. 
  • budzę się rano bez mdłości. Moje poranki są zawsze bardzo ciężkie. Jeśli nie prześpię minimum 8h, to rano czuję się jakbym miała kaca giganta. Teraz po 6h budzę się wyspana, aczkolwiek wiem, że kluczowe jest to, że nie budzę się w nocy. 
Zobaczę czy z czasem nie okaże się, że to wszystko to czysty przypadek, ale oby nie, bo podoba mi się fakt, że już nie potrzebuję 10h, żeby wyspać się jako tako.

Olej łopianowy już od dłuższego czasu jest w mojej łazience, ale do tej pory byłam negatywnie nastawiona do niego, miałam wrażenie, że tylko wzmaga łupież, ale postanowiłam spróbować jeszcze raz. Na razie nie wiedzę zmiany ani na plus, ani na minus.

Szampon konopny. W tym przypadku jestem trochę rozczarowana. Nawet nie samym szamponem, bo jest dobry, co relacją efekty-cena. Jak zauważycie w linku, cena jest dosyć wysoka. Ja gu kupiłam stacjonarnie za około 60zł, ale to był przypadek, bo się w aptece pomylili, co widać chociażby po cenie na DOZie, gdzie do podanej ceny dochodzi jeszcze koszt przesyłki.

Płukanka z kawy. Znamy:) Lubimy:) Kofeina jest wspaniała:)

to jest bardzo dobry dzień
smutna prawda (z olejem)

Na dzisiaj to tyle:) 
:)