niedziela, 13 marca 2016

Mamy to!

Nadszedł czas podsumowania! Miska z popcornem i jedziemy!
Może zacznę od tego, że jest poprawa.  Moje włosy już nie leżą na każdym centymetrze kwadratowym podłogi, nie wyczesuje ich garściami i nie wyciągam kłębów z sitka. Jest to dla mnie duża zmiana, bo od prawie roku leciały w takich ilościach, że aktualnie prześwitów nie jestem  w stanie już ukryć. Teraz  tylko staram się wyglądać, ale liczę, że poprawa pozwoli mi odzyskać chociaż na tyle włosów, że obędzie się bez misternego ich układania przed każdym wyjściem z domu.

Po wizycie u dermatologa (dosłownie kilka dni później) odwiedziłam ginekologa. Ponieważ miałam aktualne wyniki hormonów poprosiłam go żeby przygotował pakiet informacji „o mnie” dla endokrynologa. Ginekolog nadal  jest zdania, że moje jajniki nie wyglądają na policystyczne, natomiast stwierdził, że wynik hormonów temu przeczy. Po raz pierwszy dostrzegł w moich wynikach problem.  Chociaż może źle mówię: problem widział, ale nie dostrzegał zasadności tego, żeby coś z tym zrobić, natomiast teraz sam uznał, że tak nie powinno być.  Dostałam więc receptę na tabsy. Jak już miałam ją w ręce to naprawdę i mówię to szczerze liczyłam, że coś się zdarzy, naglę przestanę łysieć  a co za tym idzie, nie będę musiała tego syfu łykać. Niestety w założonym czasie nic się nie zmieniło i ostatecznie od miesiąca jestem „sztuczna”.  Różowo nie było, bo oczywiście jak to zawsze u mnie coś musi być nie tak, ale po rozmowie  z jednym farmaceutą wyszło na to, że moje skutki uboczne to efekt normowania się hormonów. Z mężczyzny zmieniam się w kobietę. Super. Tylko czemu to tak boli? Mój organizm chyba woli być włochatym drwalem. Zawsze czułam, że powinnam była urodzić się facetem;)
Zanim jednak zaczęłam brać tabsy postanowiłam oczyścić mój organizm z toksyn wszelakich (w tym również tabletek które dostałam od dermatologa) i pójść na badanie krzywej cukrowej. Nie za bardzo jestem oblatana w tym temacie, ale z tego co wiem ja i internety to moje wyniki wskazują na to, że  nie mam insulinooporności. Po tym badaniu właściwie już nie wróciłam do tabletek od dermatologa, ponieważ one w połączniu z hormonami wywoływały u mnie tak silne mdłości, że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Możliwe, że teraz kiedy już minęło trochę czasu wszystko byłoby ok ale, że ja nienawidzę czuć się jak lekoman, to ograniczyłam się tylko do wieczornego picia biotyny (chyba tylko to, że jest to proszek rozpuszczalny w wodzie sprawia, że mogę go przełknąć).
Wnioskuję  z tego, że efekt mojej poprawy to skutek Loxonu, ponieważ to jego stosuję nieprzerwanie od 2 miesięcy. Przez pierwszy miesiąc wg wskazań lekarza stosowałam go co 2 dzień, ale ponieważ nie widziałam, żeby jakoś mocno podrażniał mi skórę, zaczęłam stosować 1x dziennie. Nakładam rano, zmywam wieczorem. Nie śpię z nim;) Robi niefajną skorupę na głowie, ale jak wyschnie to nawet daje się ją rozczesać.  Nie wiem czy to był dobry ruch, że przestawiłam się na codzienne stosowanie, ale chyba sprawił to fakt, że nie widziałam najmniejszej poprawy a ja chciałam już, już.
Mam jeszcze jedno spostrzeżenie, które nie wiem do czego dopasować: około 2-3 tygodnie temu zauważyłam, że mam dość sporo nowych włosów. Widomo, że nie lwia grzywa, ale coś tam urosło. Obrazek którego dawno nie widziałam. I nie wiem do czego go dopasować! Na Loxon za wcześnie, bo włosy za długie.  Tak myślę o witaminie D. Znowu jak na nią to trochę za późno. Od tak, od czegoś są. I właśnie dlatego metoda doktora Housa jest zła: stosując wszystko na raz, nie wiemy co nam pomaga.


 Ponieważ domyślam się, że te pytania się pojawią:
-miałam mocniejsze wypadanie włosów w czasie tych dwóch miesięcy. Właściwie można powiedzieć, że „książkowo,  czyli przez około 2 tygodnie. U mnie nastąpiło około 5 tygodnia, a ustało dosłownie z dnia na dzień, a ilość wypadających włosów była mniejsza niż zanim zaczęłam stosować Loxon.
-od razu zaznaczam, że wypadanie włosów nie spadło do zera. Nadal uważam, że leci ich ciut za dużo. Tak na oko, mieszczę się w przysłowiowej „setce”.
- skutki uboczne: troszkę włoski nad wargą mi ściemniały, ale póki co jeszcze nie są na tyle widoczne, żebym podejmowała jakieś kroki, żeby coś z tym faktem zrobić.

Ponieważ dotarliśmy do napisów końcowych, to chcę się pochwalić, bo jest to coś co w moim życiu jest czymś naprawdę WOW: zaczęłam ćwiczyć i nieprzerwanie od momentu kiedy zdecydowałam się podnieść tyłek z kanapy, a był to 2 miesiące temu, ćwiczę co 2 dzień. Oczywiście zdarza się, że mam większe „dziury”,  raz miałam ponad tydzień przerwy, ale za każdym razem była to absolutnie siła wyższa a nie moje lenistwo. Efekty są, bo mimo, że nadal pochłaniam potężne ilości jedzenia i nie jest ono wzorcowe (chociaż się poprawiłam z niektórymi rzeczami, bym skłamała, że nie), to z wagi mi spadło. I w ten sposób pięknie szczupła i z szopą na głowię chcę powitać za 3 miesiące lato;)Mam nadzieję, że wytrwam i stanie się tak jak piszęJ


Teraz jeszcze tylko wizyta u endo, ale niestety na nią muszę poczekać aż 2 miesiące! 

piątek, 8 stycznia 2016

Do obejrzenia

Króciutko będzie. Dzisiaj rządziłam się w domu, wiec miałam okazję oglądać w TV. Jeśli ktoś z Was nie miał takiej możliwości, to podaję link:

Potrafi zatrzymać migrację włosów z głowy na plecy

środa, 6 stycznia 2016

Wizyta u dermatologa

Witam wszystkich w Nowym Roku J Oby był lepszy od poprzedniego J

Tak jak wspominałam w poprzednim poście, zaplanowałam zabrać się porządnie za moje włosy i już od początku stycznia wystartować z lekarzami i badaniami. Po raz kolejny i do znudzenia, ale może w końcu  z jakimś efektem? W pierwszej kolejności zaplanowałam wizytę u dermatologa. I otóż mogę napisać, że jestem już po. To była moja pierwsza wizyta u tego Pana doktora, więc nowe, świeże spojrzenie.

Po krótce: Pan doktor obejrzał mi skórę głowy ( za co duży plus, że nie stawia diagnozy zza biurka) oraz zrobił mi test pociągania włosów.  Oczywiście test wypadł pozytywnie co akurat było do przewidzenia, jedyne  co mnie zaskoczyło to mała ilość włosów którą lekarz wyciągnął. Sama jak przejadę ręką po włosach to zostaje mi ich naprawdę sporo. Tak, włosy mi wypadają.

Nie mam na chwilę obecną śladów bytności ŁZS, więc wszelakie szampony lecznicze mogę schować głęboko do szafki. Bardzo dobrze, chociaż tyle. Aczkolwiek jak to Pan doktor powiedział: nie widać TERAZ, z czego wnioskuję, że jednak ŁZS można na tyle zaleczyć, że może być ono niewidoczne i nie jest wcale powiedziane, że kiedyś mi się nie pojawi. O ile oczywiście je mam, bo na chwilę obecną nie można tego stwierdzić. Natomiast łojotok który mam można podciągnąć gdzieś pod to ŁZS. Strasznie to  pomieszane. Ustalaliśmy, że jeśli chodzi o mycie włosów to na razie mam nie szaleć ze zmianami i jeśli mam coś w miarę sprawdzonego to na razie to stosować. Oczywiście podał mi jakieś swoje typy, ale u mnie one się nie sprawdziły, bo już kiedyś je przerabiałam.  Chodziło głównie o szampony z siarczkiem  selenu.  Pomyślę nad tym, bo faktycznie dawno u mnie nie było żadnego myjadła z nim w składzie, więc może warto podjąć próbę. 

Powiedział, że jest sceptycznie nastawiony do preparatów witaminowych i uważa, że lepiej stosować każdą z witamin oddzielnie. Natomiast w jego opinii realnie tylko suplementacja cynkiem i biotyną przynosi efekty. I tak też dostałam: cynk i biotynę. Do tego żelazo, aczkolwiek to żelazo trochę bez przekonania. Też uważa jak lekarz ogólny który kiedyś przeglądał moje wyniki, że ta niska ferrytyna nie koniecznie może być przyczyną, bo jednak morfologię mam dobrą.

Zapytałam o witaminę D. Też nie był przekonany, żeby akurat miało to wpływ na włosy. Mówił , że przy wielu schorzeniach poleca się suplementacje taką czy inną witaminą , ale z reguły jest to bez znaczenia w samym leczeniu i nie daje żadnych efektów.


No więc jaka diagnoza? Ano wysłał mnie do endokrynologa, ale to już sama zaplanowałam. Mówi, że jemu to wygląda na hormonalne.  Mi również, ale wolę się cały czas łudzić, że to jednak jakaś pierdoła którą po prostu wszyscy przeoczyli. No i dostałam Loxon. Tym razem 5%. Akurat Loxon muszę przemyśleć.