poniedziałek, 22 grudnia 2014

Loxon po 6 miesiącach stosowania + "grupa wsparcia"

Dzisiaj kolejne comiesięczne podsumowanie, standardowo spóźnione;) Przeczytałam czyjąś opinię, że jak tak prowadzić blog to lepiej nie robić tego wcale. Zgadzam się z tym i coraz częściej mnie samą gryzie to, że robię coś na pół gwizdka. Moja mama kiedy byłam jeszcze dzieckiem mówiła mi, że mam do wszystkiego słomiany zapał. Chociaż ja uważam, że ciężko od dziecka czy nastolatki oczekiwać konsekwencji. Natomiast teraz jestem już dużą dziewczynką, dlatego chciałabym sama przed sobą być w porządku i wrócić do regularniejszego blogowania. Czy mi się to uda, nie wiem, bo dużo w tej materii determinuje moja praca i walka z moim „M” które zabiera mi kupę czasu i nerwów. Dobra rada: zanim zdecydujecie się zrobić coś po znajomości, to głęboko się nad tym zastanówcie. Ja teraz pokutuję za to strasznie i ręce już mi opadają, bo końca nie widać. Wszystko wymaga poprawek, ludzie nie reagują na maile, nie przychodzą na umówione spotkania, nie robią nic na czas. Teraz jeszcze Święta za pasem więc wszyscy odpuścili już zupełnie a mnie krew zalewa. 
Wrrrr, wybaczcie, musiałam się wyżalić.

Wracając do tematu postu: podsumowanie po 6 miesiącach. Przede wszystkim na wstępie chciałabym zaznaczyć, że miesiąc temu uznałam walkę przy pomocy samego Loxonu za niewystarczającą. Dlatego do kuracji dołączyłam Solgar formuła Vm75. W tym momencie mam już 2gie opakowanie. Zaczęłam również regularniej stosować olej łopianowy, chociaż sporo uwagi poświęcałam mu już wcześniej. Po raz kolejny podeszłam również do kozieradki. Moje próby z nią do tej pory niestety nie kończyły się zbyt dobrze: łupież i swędzenie skóry. Teraz nastawiłam się, że musi być dobrze i mi nie zaszkodzi, więc nie wiem czy to siła podświadomości, ale faktycznie tym razem kozieradka nie kłóciła się z moją skórą. Tangle teezer można powiedzieć, że na chwilę obecną wyparł drewniany grzebień który do tej pory był moim numer 1. Dlaczego o nim w ogóle wspominam, o tym poniżej. Ostatnią rzeczą i najkrócej stosowaną jest olejek khadi .


Wypracowałam mniej więcej tak wyglądający schemat:
-rano wcierka z kozieradki
-codzienne mycie włosów, wieczorem
-wieczorem wcierka Loxonem,
-2x dziennie Solgar w trakcie jedzenia
-oleje łopianowy 3 razy w tygodniu na skórę głowy, dodatkowo masaż. Olej trzymam od 0,5-1h. Od tygodnia zamiast oleju łopianowego stosuję olejek khadi który trzymam na głowie około 2h. W obu przypadkach nie zakładam żadnego turbanu czy ręcznika.
-tangle teezer pozwolił mi na dużo łatwiejsze rozczesywanie włosów które przy obecnej długości przysparza mi dużo więcej problemów. Dzięki temu regularnie wyczesuje włosy i nie wyciągam ich tyle w ciągu dnia. Minusem tej szczotki jest to, że bardzo puszy włosy. Po rozczesaniu grzebieniem moje włosy są proste i w miarę gładkie, natomiast po tangle teezer wyglądają na bardzo przesuszone i pokarbowane jak po „gofrownicy”.

W poprzednim podsumowaniu napisałam, że widzę maluchy na swojej głowie. Widzę je nadal, więc chyba coś ruszyło do przodu. Po uczesaniu maluchy giną w odmętach starszych włosów, ale kiedy wstaję rano wyraźnie odznaczają się na tle jeszcze zaspanych braci. To optymistyczne, bo znaczy, że cokolwiek działa orka którą uskuteczniam na swojej głowie. Samo wypadanie wydaje mi się, że minimalnie się zmniejszyło i już nie przekraczam 100ki, aczkolwiek na pewno utrzymuje się w jej górnych granicach. Wrażenie na oko, zapewne też mylące poprzez częstsze czesanie podczas którego również tracę włosy. Tak samo nakładanie oleju. Gdyby nie to, że liczę na efekty tego zabiegu to bym tego nie robiła właśnie przez wzgląd na ilość włosów które podczas niego wyciągam.

jak zwykle nie widać tego co chcę pokazać, natomiast to co chcę ukryć, czyli siwki, wychodzą na pierwszy plan. Tak, chciałam pokazać prześwity.

Optycznie mam wrażenie, że jest lepiej. Oczywiście obszary które były dotknięte największym spustoszeniem nadal prezentują się marnie, ale teraz jest mi to trochę łatwiej ukryć. Udało mi się to dlatego, że zapuściłam włosy. Wiem, że jest to paradoks, bo panuje opinia, że osoby które mają cienkie włosy i jest ich jeszcze na dodatek mało, nie powinny mieć włosów dłuższych niż do ramion. Na logikę, ma to sen. Natomiast u mnie włosy do ramion wyglądały najgorzej. Taki dramat, że aż się płakać chciało. To już faktycznie, fajna krótka fryzura, a’la bob ratowała zazwyczaj sprawę. Ponieważ jednak moja ostatnia wizyta u fryzjera nie należała raczej do udanych, postanowiłam poczekać aż będę w takim dołku, że będzie mi wszystko jedno, byle je ściąć. Udało mi się jednak chyba jakoś ominąć te gorsze chwile i w ten oto sposób po raz pierwszy od 6ciu lat mam długie włosy, oczywiście długie jak na mnie. I prezentują się o niebo lepiej niż krótsze. Zastanawiałam się czy to właśnie nie jest efekt tego, że może ich przybyło, ale pomiar obwodu wskazuje na to, że jest jednak bez większych zmian.



Jakie włosy lecą: wszystkie. I długie i krótkie, a i nawet te dopiero co wyrośnięte, sukces więc to nie jest, ale patrząc całościowo, mam wrażenie, że jednak trochę lepiej. A może to po prostu moje nastawienie i to, że nie analizuje wszystkiego? Na razie chcę pozostać przy takiej kuracji i zobaczyć jakie będą efekty. Żadnych badań, żadnego biegania po lekarzach. Oni nie chcą pomóc…ale przecież to już wiemy

Aktualnie chce do tego wszystkiego dołożyć jeszcze pielęgnację włosów na długości, co do tej pory było u mnie traktowana marginalnie. Włosów nie niszczę, ale sam fakt, że już osiągnęły taką długość sprawia, że są bardziej problematyczne i łatwiej je uszkodzić. Do tej pory w zupełności wystarczało to minimum które stosowałam, ale mam wrażenie, że jednak teraz jest gorzej. Przede wszystkim włosy wyglądają na przesuszone, więc możliwe, że właśnie takie są, co jednak kłóci się trochę z łojotokową skórą głowy i podejrzewam, że to jednak zniszczenie a nie przesuszenie:/ Ale to akurat mniej istotne…w końcu i tak w większości przypadków związuje je w koczka.


P.S. Czy orientujecie się czy kozieradka musi być zmielona? Bo faktycznie większość osób podaje „przepisy” z użyciem jej właśnie w takiej formie. Wydawało mi się, że może to wynika z dostępności, ale w jednym miejscu natknęłam się na wpis, że nasion w całości się nie parzy. I w sumie mnie to zastanowiło, dlaczego? Jaka jest do tego przeszkoda?



Z okazji 
Świąt chciałam 
Wam życzyć zdrowia, 
bo jego za żadnego pieniądze 
nie da się kupić, szczęścia, miłości 
i dobrych ludzi wokół siebie


czwartek, 18 grudnia 2014

W świecie sztuczności

Czy zauważyliście, że coraz częściej mówi się o sztucznym poprawianiu urody? Zaczynając od operacji plastycznych grubszego kalibru, poprzez powiększanie piersi, botoks, aż po tak niewinne zabiegi jak doczepienie sztucznych rzęs? Mimo, iż nie należę do osób szczególnie pilnie śledzących nowinki z życia naszych „gwiazd” to jednak co rusz rzuca mi się w oczy wzmianka, że ta Pani zrobiła sobie to, a tamten Pan tamto. Powiedzmy, że mam do tego stosunek raczej neutralny, jak ktoś się lepiej czuje posiadając piersi o 2 rozmiary większe to czemu nie? Natomiast zauważyłam, że strasznie dużo osób reaguje na takie newsy krytyką. A tu mówimy tylko o osobach z pierwszych stron gazet. A przecież wśród nas, przeciętnych Kowalskich też są osoby które poddają się takim zabiegom.

Pytanie: czy naprawdę jest to takie złe?
Pod jednym ze zdjęć na których jedna z w/w Pań miała doczepiana włosy, ktoś napisał: „czy nie jest Ci przykro kiedy wieczorem przychodzisz do domu, odczepiasz włosy i widzisz jakie swoje własne masz liche?” Jak to przeczytałam, to nie wiem jak jej, ale mi zrobiło się przykro! Wiadomo dlaczego. Jeśli mam liche włosy to mam to podkreślać? Jeśli mam nadwagę to mam ubierać się tak, że będzie to widoczne jeszcze bardziej? Jeśli jestem niska to buty na obcasie są nie dla mnie? Mam krótkie rzęsy to dlaczego nie mogę mieć tak jak moje koleżanki długich i gęstych? Myślę, że mogłabym wymieniać tak jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Czy ktoś ma prawo nas krytykować za to, że chcemy czuć się lepiej sami ze sobą i zarzucać nam, że przez to jesteśmy sztuczni? Czasy się zmieniają i to one generują jacy jesteśmy. Jest popyt, jest podaż. Proste.

Podam Wam kilka przypadków, które gdzieś tam krążą w moim świecie i chyba dosyć dobrze obrazują to co chcę powiedzieć.
Wiecie z czym zawsze kojarzyła mi się Panna młoda: jak daleko sięgam pamięcią, zawsze z tipsami. Pewnie dlatego, że dywan przed ołtarzem zamiast kwiatami był zawsze usłany tipsami, a już nie wspomnę o tym ja wyglądała podłoga po zabawie weselnej i tutaj już nie tylko wkład Panny Młodej był widoczny. Wiadomo czasy się zmieniły, teraz są żele, hybrydy czy inne kosmosy i już nikt nie przykleja na Kropelkę sztucznych paznokci. Ale pytanie czy jeśli w tym tak ważnym dniu Panna Młoda chce mieć piękne dłonie, bo w końcu oczy każdego są zwrócone  w jej stronę, to dlaczego ma nie chcieć wyglądać równie ładnie każdego następnego dnia? Pamiętam, że jako nastka przemierzałam takie sztuczne paznokcie i zazwyczaj te które miały iść na mały palec pasowały mi na kciuk. I jak tu iść do ślubu? Moje brzydkie, jak ja się pokażę? A z dnia codziennego? Idę do pracy na spotkanie z klientem i co? Klient, facet ma ładniejsze paznokcie niż ja! Moje są słabe, łamliwe, szału nie robią. Co robię? Chowam dłonie w rękaw, nich nie widzi. Wstydzę się. 

Kolejny przykład: malowanie brwi, teraz bardzo na topie, najlepiej grube czarne odbiegające mocno od ich naturalnego wyglądu. I super! Bo dzięki temu też ja nie wyglądam dziwnie kiedy muszę sobie domalować 1/3 jednej brwi ponieważ tyle mi wypadło.  Zanim moje ŁZS i nieumiejętne operowanie pęsetą zrobiły mi krzywdę na twarzy, miałam bardzo grube, gęste i ciemne brwi. I dalej chcę mieć takie! A, że muszę domalować, trudno! Po jakimś czasie wszyscy chyba uznali, że takie mam i tak jest dobrze, chociaż początkowo padały pytania czy idę odprawiać mszę na cmentarzu. Moje poprawianie brwi to naprawdę nie inwazja kosmitów i robię to bardzo z wyczuciem. Zresztą jak cały makijaż. No, ale zapewne widać, że są ciemniejsze i ktoś kto mnie dobrze zna zobaczy różnicę.
Ostatnio poszłam na spotkanie ze znajomymi, męskie grono więc wiadomo: tapeta perfekcyjna, wszystkie parchy na twarzy pokryte równo gładzią-podkład się jeszcze nie zdążył zaważyć, na oko cień, tusz, pomadka na usto...czyli tak naprawdę tak samo jak każdego dnia, tylko wersja przed pójściem do pracy a nie już po 8h. I co usłyszałam: ojej jak ja ładnie wyglądasz, a chwilę później jechane: wcześniej tak nie wyglądałaś! Nie sterałaś się! A jak zmyje to jej poznać nie będzie można! 

Wymieniłam wyżej buty na obcasie. Co prawa nie miało to nawiązania do mnie, ale opowiem dosyć zabawną anegdotkę ze swojego życia. Nie należę do osób wysokich o czym już kiedyś wspomniałam. W butach na obcasach mino to nie chodzę często ponieważ w 99% przypadkach jak danego dnia je przywdzieję, to się okazuje, że mimo iż plan był inny, muszę biegać przez cały dzień po mieście, cierpię przez to okrutnie i modle się o to, żebym mogła w końcu usiąść. Natomiast nie ukrywam, że zdarzają się te rzadkie chwile kiedy można mnie zobaczyć o te 5cm wyższą. I wiecie co wtedy słyszę? Że oszukuję. Pierwszy raz jak to od kogoś usłyszałam, to nie wiedziałam o co chodzi, ale kolejna osoba mi wytłumaczyła: oszukujesz, założyłaś obcasy, a tak naprawdę jesteś niska. Niestety mój umysł nie do końca to ogarnia. Jest ewidentnie sprzeciw społeczeństwa na to, żeby niskie osoby nosiły obcasy. Dlaczego? Nie wiem, bo nawet w obcasach nadal jestem niska, więc nie powinnam moim wzrostem modelki nikogo wpędzać w kompleksy.

No to jak to w końcu  jest? Dobrze czy źle? Jeśli się pomaluję i wiem, że wyglądam lepiej, bo w końcu tak usłyszałam, to czy mam tego nie robić, bo jak zmyję makijaż to będę wyglądała gorzej? Czy jak doczepię włosy i wyglądają one na gęstsze i dzięki temu mam większą pewność siebie, to mam tego nie robić, bo przecież będę musiała w końcu je odczepić i rzeczywistość mnie przygniecie? Mam zmarszczkę na czole, wyglądam jakbym była wściekła, dodaje mi lat, to czy nie mogę skorzystać z botoksu, bo kogoś to zaboli, bo przecież powinnam starzeć się godnie? Zacytuje mojego ojca: starość jest brzydka. Z punktu widzenia artystycznego nie, ale np. mój ojciec, pan w podeszłym wieku tak siebie postrzega. Co robi? Zaczął uprawiać sport, bardziej dbać o siebie, bo chce wyglądać młodziej. I czy ktoś powie 60cio letniemu mężczyźnie: Panie, starzej się godnie? Zgadzam się z tym, że niektóre rzeczy mogą razić. Zrobił się taki trend na to, żeby wszystko w sobie poprawiać, ale mam wrażenie, że to nawet nie tyle jest kwestia tego, że ludziom się to nie podoba, tylko kwestia zazdrości. Ani by nie doczepili sobie sztucznych rzęs, ani nie powiększyli piersi, więc jakim prawem ktoś to zrobił i wygląda lepiej? 

Kiedy znajome chodzą do kosmetyczki to mam mieszane uczucie. I myślę, że to jest właśnie zazdrość. Mam negatywne odczucia odnośnie takich wizyt, bo sama z nich nie korzystam. I to nawet nie dlatego, że nie mam czasu, pieniędzy (chociaż nie wiem ile kosztują takie zabiegi, więc może faktycznie nie mam na to pieniędzy), ale dlatego, że na myśl o tym, że ktoś miałby mi coś robić przy twarzy mam gęsią skórkę. Mam brzydką cerę, ale nie oddam się w czyjeś ręce. I mi zazdrość, jak widzę te piękne pyszczki a ja muszę chować się pod toną pudru. Ale czy one tego mają nie robić, bo ja mam inne zdanie? Nie. Więc nie wypowiadam się źle o nich, czy o tym, że z tego korzystają, czy że są sztuczne, bo ja tego nie robię. 

Jakie macie zdanie na ten temat? Czy uważacie, że faktycznie wszystko robi się coraz bardziej sztuczne (chociaż  akurat temu zaprzeczyć nie można, bo tak jest) i czy jest to tak bardzo złe? Czy przez to, że jest to coraz bardziej popularne, osoby które naprawdę takich zabiegów potrzebują, nie wyglądają dzięki temu nienaturalnie? Chociażby właśnie na przykładzie moich brwi: jeśli nie byłoby trendu na domalowane grube krechy to wyglądałabym dziwnie próbując ukryć ubytki, bo bym się wyróżniała, a dzięki temu zlałam się z tłumem. Pewnie, że czasami fajnie się wyróżniać, ale pamiętajmy, że to nie koniecznie marzenie każdego;)


środa, 19 listopada 2014

Loxon po 5 miesiącach + aktualne szampony

Spóźniony post z Loxonowego cyklu. Na początku listopada minęło 5 miesięcy.

  • włosy wypadają nadal
  • ale są i nowe włosy
U dołu strony będzie zdjęcie które może do końca nie obrazuje realnego stanu, ale widać, że przy zakolach mam już takie paromiesięczne kłaki, tak na oko ok. 7cm długości. Nie są one grube, zresztą ja z natury nie mam grubych włosów, więc nie tworzą mi nad czołem takiej pięknej aureolki którą mogą się poszczycić posiadaczki "grubszego włosa".  Niestety nie są również mocne, więc nie spodziewam się, że zostaną na dłużej, ale jakby tak obiektywnie popatrzyć, to przy ilości które dziennie gubię to co odrasta w jakimś stopniu uzupełnia braki tak, że nie porażam jeszcze łysą glacą. Nadal więc stosuję w/w specyfik i czekam, aż ograniczy wypadanie. Jedna z Was napisała mi, że drugie podejście wymaga więcej czasu, więc cierpliwie będę czekać.

Żeby sobie jednak czekanie umilić postanowiłam się wspomóc Solgarem, olejem łopianowym oraz wcierką z kozieradki. Zarówno do oleju łopianowego jak i do kozieradki miałam już kilka podejść, ale za każdym razem było gorzej niż lepiej. No ale kto nie próbuje ten nie ma. Oleju postanowiłam nakładać naprawdę znikomą ilość, ale przy nakładaniu wmasowywać co kazało się być strzałem w 10kę. Sam masaż trochę włosów pozbawia, no ale też jest potrzebny a przy okazji rozprowadza tą niewielką ilość oleju. Natomiast żeby go zmyć zostawiam na kilka minut szampon na skórze. Ewa z bloga Włosy na emigracji pisała kiedyś, że w ten sposób skutecznie usuwa olej z włosów, tylko zamiast szamponu stosuje odżywkę. Zaadaptowałam do siebie:)

Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale jestem absolutną maniaczką szamponów. O ile wszystkie maski i odżywki w większości i tak lądują jako zamiennik dla żelu do golenia na moich nogach, tak szampony mają specjalne względy. Zawsze mam ich za mało! I naprawdę zawsze ich wszystkich używam. No chyba, że jest to jakiś straszny bubel to albo bez ceregieli wyrzucam do kosza, albo zostawiam na wypadek jakby mi się skończył płyn do mycia podłóg. Zapewne rasowe włosomaniaczki i tak biją mnie ilością na kolana, ale moi znajomi którzy nie mają takich włosowych fantazji łapią się za głowę. No cóż, nie każdy urodził się z rozwiniętą wyobraźnią. Tak! Można posiadać 10 szamponów i zużyć je przed upływem daty ich przydatności, a w między czasie uzupełnić kolekcję o kolejne 10 butelek:)

Oto one, szampony które aktualnie zdobią (zagracają) mój salon kąpielowy (łazienka 3,5m2 bez ani jednej szafki czy półki w której można coś schować). 

Od lewej:
  • wszystkim znana Mydlnica Lekarska z Fitomedu, za naprawdę nieduże pieniądze rewelacyjny szampon dla osób z ŁZS. Nie wiem jak się sprawdza w stanach  ciężkich, ale u mnie utrzymuje stan zaleczony. Ten kto ma na skórze takie skupiska łoju (maź) czy kulki łoju, wie, że to już jest skóra zaklajstrowana. Wyciągając włos z głowy na końcu oblepiony kulką łoju wiedzą, że to nie są dobre symptomy. Szampon systematycznie stosowany pozwala na oczyszczenie skóry i to dość dokładne. Na początku może przesuszać. Miałam taki efekt, ale po kilku zastosowaniach skóra już tak na niego nie reaguje. Tak samo sytuacja ma się jeśli mówimy o oczyszczania skóry. Nie nastąpi to przy 1-2-3 myciu. Szampon tak samo jak wszystko potrzebuje czasu. 
  • Szampon Konopny. Przy regularnym stosowaniu naprawdę dobry. Początkowo nie widziałam dużej różnicy między nim a innymi szamponami, ale muszę powiedzieć, że czyści bardzo dobrze. Minusem jest to, że trzeba z nim chodzić na głowie 10min, co nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, bo o ile z wytworzoną z szamponu pianą można usiąść i te parę minut poczekać, tak ten szampon się prawie nie pieni, więc chodzimy ociekając wodą, co nie jest przyjemne. Druga kwestia to właśnie to, że trzeba być przy nim systematycznym. Szampon stosuje się 3-4 razy w tygodniu i trzeba tego pilnować. Ostatnim minusem i dla mnie największym jest jego wysoka cena. 
  • Szampon dziegciowy apteczny Babuszki Agafii. nabyłam czysto przypadkowo podczas wizyty w eko sklepie, a że akurat byłam z koleżanką no to wpadłyśmy w zakupowy szał;) Wcześniej stosowałam od Agafii inny szampon LINK i byłam bardzo z niego zadowolona, więc uznałam, że ten będzie albo równie dobry albo nawet lepszy. Ostatecznie nie widzę dużej różnicy pomiędzy nimi, ale też jak widzicie po zdjęciu zastosowałam go raptem kilka razy.
  • szampon Organic z aloesem Urtekram LINK. Również kupiłam w eko sklepie. Jak to przy szamponach do częstego stosowania: jeśli skóra jest w dobrej kondycji to można stosować, jeśli jest w gorszej to już nie za często. Kiedyś praktykowałam metodę 3 dni szamponu delikatnego i 1 dzień zdzierak, ale teraz jest chyba jednak gorzej, bo proporcje się odwróciły. Czasami nawet po jednym dniu zastosowania delikatnego szamponu mam nadmiar łoju na skórze. 
  • Emolium:) Kto tu bywa dłużej już wie, że to obowiązkowa pozycja na mojej półce. Jego po prostu zabraknąć nie może. On również alternatywą dla zdzieraków.
  • nie ma na zdjęciu Stieproxu, ale to dlatego, że aktualnie go nie stosuję, oraz szamponu dziegciowego z Green Pharmacy, ponieważ jeszcze nie doczekał się otwarcia, aczkolwiek kiedyś już go używałam. Tutaj jakbym miała wybierać pomiędzy dziegciowymi, to raczej bym się skłaniała do Agafii. 


A na koniec kulinarny akcent: najczęściej tak wygląda moje śniadanie/ drugie śniadanie w pracy. Zazwyczaj nie ma grzanek, ale akurat byłam w posiadaniu chleba żytniego na zakwasie. Podobno zero drożdży. Uwierzyłam na słowo. Chleb jadam rzadko, więc pewnie następne grzanki będą za 2 miesiące. Wrzucam bo rozpoczynam koleją batalię o zmianę nawyków żywieniowych. Lat przybywa, tyłek rośnie;) 


i zdjęcie o którym pisałam wyżej. Ja i moje chmurne oblicze. Kolorystyka wynikająca z oświetlenia świetlówką: aż taka ruda to nie jestem;)

Przepraszam wszystkich jeśli nie odpisuję od razu, ale mogę to robić najczęściej tylko z telefonu, a moja skrzynka utworzyła sobie jakiś magiczny folder o nazwie junk którego się nie mogę pozbyć. Co usunę to wraca, a niestety mój telefon go nie widzi. Jeśli ktoś z was spotkał się z tym kiedyś będę wdzięczna za pomoc.

niedziela, 2 listopada 2014

Aktualizacja

Witam wszystkich:)
Dzisiaj mała aktualizacja, sprowokowana tym, że zastanawiam się, czy nie ściąć włosów. Wydaje mi się, że jak na mój stan, trzymanie tak długich włosów raczej nie ma większego sensu. Bije się z tą myślą już od jakiegoś czasu, ponieważ strasznie mi szkoda tej długości. Po prostu  w takiej wyglądam najlepiej, a już na pewno dużo lepiej niż we włosach sięgających ramion, więc jeśli bym decydowała się na cięcie to pewnie 4-5cm, albo już konsekwentnie jak dotychczas na boba. 
Włosy ciągną mi się już dość mocno a przez to, że są cienkie to naprawdę robią biedne wrażenie. Czasami jak się ułożą, to nawet nie ma tragedii, można wyjść do ludzi w rozpuszczonych włosach i się wygląda...przynajmniej do momentu, aż wiatr nie zawieje i nie zniszczy w ułamku sekundy misternej roboty. Na własne życzenie mam też pogorszenie stanu skóry: 2 tygodnie dyspensy i już jaki niekorzystny obrót sprawy. Także to wszystko zebrane do kupy (no i oczywiście nieustanne wypadanie włosów) sprawiło, że zaczęłam zastanawiać się nad wizytą u fryzjera. Jakbym potrafiła to chętnie ścięłabym je sama, ale pewnie byłoby z tego więcej szkody niż pożytku.

Tak podsumowując: to jest naprawdę smutne, że po 6 latach ŁZS nie mogę sobie pozwolić na chwilę zapomnienia. Wiem, że to może się skończyć tak jak teraz, ale serio, czasami po prostu już mi się nie chce. Jeśli spotykam osobę która widzę, że odżywia się dużo gorzej niż ja, je dużo więcej słodyczy niż ja a ma busz na głowie, to zaczynam się zastanawiać gdzie tu sens?

Co teraz mam w apteczce?:

To co teraz mogę powiedzieć o moim zestawie, to przede wszystkim to, że w całości stosuję go od około 2 tygodni, więc nie jest to długi okres czasu, żeby zaobserwować jakieś efekty. Odnośnie Loxonu pisałam ostatnio, więc już wiem, że w pojedynkę niewiele u mnie przy tej drugiej próbie działa. 
Natomiast na chwilę obecną jestem bardzo zadowolona z Solgaru. O ile to nie efekt placebo wywołany pozytywnymi opiniami;),  to widzę sporą różnicę w funkcjonowaniu mojego organizmu.  
  • najważniejsza zmiana to energia której dostałam. Naprawdę czuję, że mam więcej mocy, może nie do przenoszenia gór, ale nie jestem tak śnięta w ciągu dnia. 
  • nie budzę się w nocy. Nie wiem czy to przypadek, ale od momentu kiedy go biorę obudziłam się w nocy tylko 2 razy. Raz za sprawą %;), a drugi raz miał miejsce dzisiaj: zaatakowały mnie w nocy komary (liczba mnoga) i to nie jest żart. 
  • budzę się rano bez mdłości. Moje poranki są zawsze bardzo ciężkie. Jeśli nie prześpię minimum 8h, to rano czuję się jakbym miała kaca giganta. Teraz po 6h budzę się wyspana, aczkolwiek wiem, że kluczowe jest to, że nie budzę się w nocy. 
Zobaczę czy z czasem nie okaże się, że to wszystko to czysty przypadek, ale oby nie, bo podoba mi się fakt, że już nie potrzebuję 10h, żeby wyspać się jako tako.

Olej łopianowy już od dłuższego czasu jest w mojej łazience, ale do tej pory byłam negatywnie nastawiona do niego, miałam wrażenie, że tylko wzmaga łupież, ale postanowiłam spróbować jeszcze raz. Na razie nie wiedzę zmiany ani na plus, ani na minus.

Szampon konopny. W tym przypadku jestem trochę rozczarowana. Nawet nie samym szamponem, bo jest dobry, co relacją efekty-cena. Jak zauważycie w linku, cena jest dosyć wysoka. Ja gu kupiłam stacjonarnie za około 60zł, ale to był przypadek, bo się w aptece pomylili, co widać chociażby po cenie na DOZie, gdzie do podanej ceny dochodzi jeszcze koszt przesyłki.

Płukanka z kawy. Znamy:) Lubimy:) Kofeina jest wspaniała:)

to jest bardzo dobry dzień
smutna prawda (z olejem)

Na dzisiaj to tyle:) 
:)

piątek, 24 października 2014

***na jakiś czas zawieszam dodawanie komentarzy przez osoby anonimowe, ponieważ jestem zasypywana przez spam i gro waszych wiadomości gubi mi się w ich natłoku.
 w razie "W": siteczkowlosoow@gmail.com

niedziela, 19 października 2014

Loxon po 4 miesiącach

Dostałam ostatnio pytanie kiedy nowy post? Chciałabym napisać, że dokonałam przełomowego odkrycia i chce się z wami nim podzielić. Niestety tak nie jest, więc też nie dodaję nowych wpisów:( Minęły natomiast 4 miesiące od Loxonu i ponieważ chciałam akurat  w tym temacie być systematyczna, więc dzisiaj słów kilka o efektach.

Tytułem wstępu:
Wczoraj miałam dzień z cyklu "sprzątanie świata", czyli "ogarnij te kilka metrów kwadratowych tak żeby dało się przejść bez potykania się na każdym kroku". 12h sprzątania i bałagan jest większy niż na początku. Daję sobie dzisiejsze popołudnie na to, żeby to ogarnąć do końca, ale słabo to widzę! Nie myślcie proszę tylko, że jestem takim brudasem! Po prostu oprócz komody by Ikea nie posiadam żadnej szafy wiec wszystko piętrzy się na sobie i niewiele trzeba, żeby powstał chaos. A wczoraj postanowiłam jeszcze pochować rzeczy letnie, wyciągnąć rzeczy zimowe i sprawdzić w co się mieszczę a w co nie, ponieważ od zeszłego roku przytyłam 10kg. Oklaski proszę Państwa! Nie mam pojęcia jak tego dokonałam, ale z rozmiaru XS wskoczyłam w M. Moja garderoba skurczyła się tym samym o 3/4! Zostało tylko to co było oversize. Nieistotne, wspominam o tym żebyście wiedzieli, jakich rozmiarów były to porządki, a połowę czasu spędziłam na zbieraniu moich włosów które były absolutnie wszędzie! Skarpetka która zagubiła się za pralką wyglądała jak myszka! Fakt, nie biegam z odkurzaczem co drugi dzień, bo po prostu nie ma mnie cały czas w domu i nie mam na to czasu, ale i tak wydaje mi się, że chociażby przez to, że mnie nie ma moje mieszkanie nie powinno być usiane włosami. A jednak jest. To był pierwszy moment kiedy chciałam złapać za nożyczki, żeby chociaż na przyszłość oszczędzić sobie sprzątania. Drugi moment był kiedy z tytułu przygotowań do dzisiejszego wpisu postanowiłam przeliczyć włosy po myciu, czego od dłuższego czasu nie robię. +/- 150 sztuk. Samo mycie, a jeszcze czesanie i to co ucieknie w ciągu dnia. To tym samym chyba obrazuje efekty po 4 miesiącach stosowania Loxonu. Po prostu ich nie ma. Jedna z Was napisała mi kiedyś, że drugie podejście potrzebuje więcej czasu, nawet do pół roku. Tylko pytanie czy tak rzeczywiście jest, ponieważ producent zaznacza, że jeśli po 2 miesiącach(?) nie ma żadnych efektów to należy odstawić.  Efekty o których mowa to zatrzymania wypadanie włosów, ponieważ na odrost owszem trzeba czekać dłużej. I donośnie tego odrostu: jak widać na zdjęciu antenki są. Niestety to za mało, tym bardziej, że po analizie wczorajszego kłębka (zdjęcie) widzę, że wypadają włosy o bardzo różnej długości. 



No i jak przy włosach nadal jesteśmy, he he, to kto słucha radia zwrócił zapewne uwagę na to, że teraz królują tabletki "dla Panów" i preparaty na wypadanie włosów (czyżby jesień?). Nawet wyżej wspomniany Loxon zaczął się reklamować. Delikatnie mówiąc trochę przeraża mnie to, że teraz na każdym kroku reklamuje się preparaty to na to, to na tamto. Abstrahując już od tych tabletek na ostrą jazdę i witamin na wypadanie włosów, to teraz żeby normalnie funkcjonować, trzeba mieć worek tabletek. No to jest  jakiś absurd. Czasami takie kity wciskają, że głowa mała. Osobiście uważam, że powinna być nad tym jakaś kontrola, naprawdę ktoś może sobie kiedyś przypadkiem zrobić krzywdę. Jak jesteś rozdrażniona to na pewno dlatego, że masz zaparcia, nadmiar wody w organizmie, ból głowy, wzdęcia, zgagę lub infekcję. 

Życzę miłej niedzieli, ja wracam zaraz do domu i do ogarniania bałaganu. "Uwielbiam" kiedy jednego dnia jest 10 stopni na następnego 25,  kto to programuje?

czwartek, 25 września 2014

Pozdrowienia i...szampon konopny.

Pozdrowienia z odległej krainy;) Wyjechałam na tydzień do rodziców, można by to było nawet nazwać urlopem i formalnie nawet tak jest, ale ja tego nie czuję. Może to przez tą pogodę, a może przez ogólny klimat. Najważniejsze jednak, że zmieniłam miejsce. Zdecydowanie należę do osób, które co jakiś czas muszą zmienić środowisko, wsiąść do pociągu i pojechać na drugi koniec Polski. Pomiędzy Wrocławiem a moją mieściną "czuć" sporą różnicę. We Wrocławiu schyłek lata, tutaj głęboka jesień.

Mojej mamie koleżanka poleciła ostatnio szampon który podobno bardzo dobrze sprawdza się u osób z łuszczycą. Przetestowane na jej dziecku - potwierdza, skuteczny. Mojej mamie oczy się zaświeciły, poczytała trochę w necie i zadzwoniła do mnie. Ja na takie nowinki jestem uodporniona już trochę, zwłaszcza jeśli ta nowinka ma dosyć zaporową kwotę. Ponieważ jednak moja mam ma łuszczycę, ja ŁZS, a szampon dedykowany dla obu schorzeń, stwierdziłyśmy, że kupimy jedną butelkę na spółkę i przetestujemy.

Mowa o szamponie konopnym. Na razie nie chcę się o nim za dużo rozpisywać, bo dopiero raz go użyłam, więc niewiele mogę o nim powiedzieć. Moja mama wykręciła się z jego testowania, a szkoda, bo byłam ciekawa jej opinii.
Szampon jest dedykowany dla osób których skóra ma tendencje do rogowacenia, wysokiej aktywności gruczołów łojowych i ze zmianami łuszczycowymi. Ma oczyszczać, normalizować wydzielanie łoju, zmiękczać zmiany łuszczycowe, łagodzić uczucie swędzenia, działa antybakteryjnie i zapobiega nadmiernemu wypadaniu włosów. Do stosowania na skórę głowy i na ciało. *ulotka

skład

Szukałam w sieci, ale znalazłam tylko ten ze zdjęcia. Opinii niewiele i jak w każdym przypadku, jednym pomógł innym nie. Trzyma się go na włosach 10 min, słabo się pieni, ale podobno tak ma być. Na pierwszy rzut mam wrażenie, że wysusza włosy na długości, więc jak ktoś ma bzika na tym punkcie to może mu to przeszkadzać. 

Tradycyjnie, jeśli któraś z Was stosowała, proszę o podzielenie się opiniami:) Ja coś więcej napiszę, jak będę przy końcówce butelki.

Przy kasie w aptece była taka specjalna półka z szamponami dla łysiejących i ŁZS. Biznes się kręci. Jak mi zdiagnozowano ŁZS 6 lat temu, to było tego o połowę mniej.

sobota, 13 września 2014

2 lata minęły...

Uwierzycie, że nie zauważyłam, że to już 2 lata minęły od momentu kiedy napisałam pierwszy post? Strasznie dużo czasu. Tragedia. I oprócz kilku wzlotów i upadków wiele się nie zmieniło. Nie oszukujmy się: nie toczę już tak zaciekłych wojów jak na początku. Z czasem każdego może dopaść rezygnacja, no bo ileż można? 
I proszę, tylko nie składajcie życzeń z okazji 2gich urodzin bloga, w tym wypadku to nie jest powód do radość.


Czy jeśli przez 14 lat nie udało się rozwiązać problemu to czy jest on w ogóle rozwiązywalny?Wierzę, że w jakimś stopniu tak, a przynajmniej na tyle, że można podratować to co na tej łepetynie zostało. 
Jakieś mądre rady? 
Dużo cierpliwości. Naprawdę trzeba mieć dużo cierpliwości. Jeśli coś ma zadziałać, to zadziała, ale nie od razu. Dlatego nie można się zrażać. 
Wylewanie na siebie co chwilę innej mikstury też nie pomoże. Czasami mniej znaczy więcej. 
Nie panikować. Czy włosy wypadają ci 2 tygodnie, 2 lata czy 20, nie panikuj. Stres nigdy nie pomaga. Chociaż to rozumiem, bo też mi się to zdarza nie mieć ochoty wystawić nosa za drzwi. 
Jeśli ktoś Ci mówi, że to tylko włosy, ciesz się życiem i olej to...to Ty olej jego, bo jeśli to mówi, to znaczy, że nie ma takiego problemu jak Ty. Każdy ma prawo mieć swoje troski i przeżywać je na swój własny sposób. No i nie znam kobiety której jest zupełnie obojętny jej wygląd. Bez względu na wiek. A włosy, to jednak atrybut kobiecości. My nie popadajmy w paranoję, a druga strona niech zrozumie, że dla nas jest to ważne.
Jeśli to czytasz, to znaczy, że trafiłaś tu, bo szukasz pomocy. Pamiętaj, ani ja, ani inna blogerka, ani nawet wujek Google nie damy Ci takiej odpowiedzi jakieś szukasz. Organizm ludzki jest zbyt złożony, dlatego musisz skonsultować się z lekarzem. Nie jest to moja ulubiona nacja, ale bez nich ani rusz. 

Jak ludzie reagują na ten problem?
Ludzie....Cóż. Może zacznijmy od tego, że łysiejąca kobieta to nadal temat tabu. Myślę, że niejedna z was to odczuła słysząc u lekarza: taka Pani uroda. Niby się o tym mówi coraz więcej, ale to jakby na niektóre salony które powinny być najbardziej zainteresowane, nie docierało. To trochę tak jak w polityce: tłum krzyczy swoje,a rząd robi swoje. 
A takie bliższe nam otoczenie? Przyjaciele Cię poklepią po ramieniu, znajomi pokiwają głowami a tacy trochę bardziej Ci obcy, zhaftują Ci się na buty jak to usłyszą. Nie mów o tym osobom które ledwo znasz a już na pewno nie płci przeciwnej! Niestety może to tylko moje złe doświadczenia, ale zdarzyło mi się zobaczyć obrzydzenie na twarzy faceta który widział jak się czesałam. Tyle włosów? Co ty łysiejesz? I TA mina. A już nie wspomnę o nadmiernym owłosieniu, które często nam towarzyszy i które ciężko ukryć. 

Czy zmaganie się z łysieniem czegoś mnie nauczyło? 
Pokory w stosunku do innych ludzi i ich problemów. Kiedy byłam młodsza i widziałam osoby z nadwagą to uważałam, że po prostu dużo jedzą. Nie ogarniałam jak samemu można sobie robić taką krzywdę. Dzisiaj wiem, że częściej niż nam się wydaje nadwaga nie ma nic wspólnego z obżarstwem. Sama często słyszę, że mam problem z włosami, bo jem za mało warzyw, za dużo pracuje, za rzadko podcinam włosy (serio, "podobno" przez to się łysieje;)) za dużo tamtego, za mało siamtego. Zazwyczaj te tyrady wygłaszają ludzie którzy albo nie znają mnie wcale, albo znają krótko. Czy więc to, że teraz więcej pracuję było przyczyną tego, że w wieku 17 lat zaczęłam łysieć? A może to co zrobiłam w wieku 17 lat miało na to wpływ? Dlatego sama staram się nie oceniać innych.

A na koniec małe podsumowanie mojego detoksu cukrowego:) Oczywiście znowu dałam ciała. Mogło być inaczej? A skąd! Wytrzymałam 1,5 tygodnia, a później dopadła mnie chandra. Moja smutna dusza zawołała, że chce jakichś pyszności i koniecznie słodkich. W przypływie nagłego smutku uległam. Tak wiem, nie jestem silna, ale odwołując się do tego co napisałam powyżej: kiedyś jak miałam chandrę przestawałam jeść. Oczywiście uważałam wtedy, że moje wypadające włosy nie mają z tym nic wspólnego. A skądże by! Jak w końcu do mnie dotarło co robię obiecałam sobie, że nigdy więcej głodzenia się. Pisałam o tym już kiedyś, ale pewnie niektórzy z was będą zaskoczeni to czytając. Tak, będąc młodszą (bo teraz jestem już Pani w sile wieku;)) miałam zaburzenia odżywiania, a właściwie takie napady, bo to pojawiało się co jakiś czas. No więc zamiast głodzenia się, kupuję sobie wtedy paczkę ciastek :) Tak zrobiłam też i teraz, tym samym kończąc mój detoks. Zaraz "po ciastkach" rozchorowałam się no i cóż. Aktualnie jadę na antybiotykach. 
Oczywiście nie uważam, żeby to wszystko poszło w las, bo znowu zaczęłam baczniej przyglądać się temu co ląduje na moim talerzu. Jest progres;)

Czego jeszcze nie było? Ach, tak!. Podsumowania Loxonu po 3 miesiącach. Dupa. Dupa wielka i blada. Poprawy zero. To tyle w tym temacie:(

sobota, 30 sierpnia 2014

Detoks cukrowy - czas start!

Piękną mamy jesień, prawda? ;) Też czujecie niedosyt lata? Wysokie temperatury to zdecydowanie nie moje klimaty, ale temperatura poniżej 10 stopniu o poranku kojarzy mi się raczej z listopadem niż z sierpniem. Ale co tam będziemy o pogodzie, każdy widzi co jest za oknem:) U mnie właśnie leje (dlaczego nikt mnie nie ostrzegł!), a ja wyszłam w białych trampkach. Plan, żeby drogę powrotną pokonać z buta. Dobrze, że chociaż nie wieje, nie będę musiała walczyć z parasolką. Wrrr...

Zastanawiałam się kiedy o tym napisać publicznie, ponieważ ostatnio każda moje taka deklaracja, która ma mnie motywować kończy się fiaskiem i jest mi wtedy strasznie wstyd. Tym razem wydaje mi się, że poszłam o krok do przodu i będę bardziej konsekwentna. Już mówię w czym rzecz: niedawno moja znajoma znalazła informację na blogu cookitlean o akcji: detoks cukrowy. Ponieważ w kupie raźniej, ja uzależniona od słodyczy osoba, postanowiłam podjąć wyzwanie! Założyłam sobie tylko, że nic na siłę, ważne żeby jak najwięcej cukru wypadło z mojej diety, ale nie po trupach do celu. Niektórzy z Was już wiedzą, że mam mało ustabilizowany tryb życia, a nie chciałam żeby detoks skończył się głodówką tylko dlatego, że nie mam czasu, żeby coś samej sobie ugotować i muszę zjeść coś na mieście. Moim założeniem było, czy też jest, bo akcja nadal trwa, ograniczenie na ile jest to możliwe cukru w diecie. O dziwo, poszło mi lepiej niż zakładałam. Jestem z siebie dumna! Włączyło mi się coś co od dłuższego czasu było w uśpieniu: determinacja. 
Pierwszy dzień był najcięższy. Żeby wzmocnić efekt, koleżankom z pracy przyniosłam po paczce swoich ulubionych słodyczy. Patrzyłam jak jedzą i przełykałam ślinę. Wytrwałam i wiedziałam, że teraz będzie łatwiej. 

Detoks rozpoczęłam w poniedziałek. Nie głoduję, do słodkiego nawet mnie nie ciągnie, natomiast strasznie mi brakuje owoców! Jestem absolutnie owocożerna i jak się okazało to właśnie jabłka czy banana, bardziej mi brakuje od batonów! 

Jedzeniowo nie powiem, że nie popełniam błędów, bo a i owszem. Momentami nie wiem, czy to co właśnie mam na talerzu jest hot or not? Nie zaglądam do listy przed każdym posiłkiem  i dlatego niektóre rzeczy wyłapuję, że są czerwone jak już je zjem, ale zawsze są to rzeczy nieprzetworzone, np.jak wczoraj kolba kukurydzy. Wszystko co przetworzone i ma w składzie cukier faktycznie realnie wyleciało. I to mnie tak samo cieszy jak to, że wyleciały batony. Też nie myślcie, że podstawą mojej diety były czekoladki, ale gdzieś tam jednak codziennie coś wpadało. I tak w porównaniu z tym co było rok temu to jest niebo a ziemia! Znam swoje możliwości. Paradoksalnie, do czasów studenckich słodyczy nie jadłam prawie wcale. Im bardziej wstecz tym cukru w mojej diecie było mniej.

Co jest podstawą detoksu, odsyłam oczywiście do linku. Mnie proszę o to nie pytajcie, bo mogę wprowadzić w błąd, tym bardziej, że ze mnie jest piesek francuski i niektórych rzeczy po prostu nie jem z założenia, bo nie, bo mi śmierdzi, bo coś tam. Natomiast niektórych rzeczy jak nabiał, nie jem praktycznie wcale, więc jedne punkt z listy wypada prawie całkowicie. Za rybami i mięsem nie przepadam, aczkolwiek muszę przyznać, że po tych kilku dniach odczuwam zew krwi;)

Podsumowanie zrobię za 2 tygodnie, by tyle jeszcze będzie trwała akcja. To co teraz już wiedzę, to 1,5kg mniej. Nie o kilogramy tu chodzi, ale miły bonus. Lubię to!

czwartek, 31 lipca 2014

Loxon - po 2 miesiącach

Kilka osób prosiło, żebym zdawała relację z kolejnych etapów stosowania Loxonu. Nadszedł dobry moment, ponieważ w weekend miną równo 2 miesiąca odkąd pierwszy raz go użyłam. Co mogę powiedzieć? Przede wszystkim jedno, że pomyliłam się ostatnio pisząc, że mam od "x" tygodni linienie. Linienie to mam dopiero teraz! Jest tragedia. Ten stan trwa już 2 tygodnie i liczę, że skończy się jak najszybciej. Zastanawiam się tylko kiedy?!!! Poprzednim razem linienie miałam mniejsze i włosy przestały wypadać szybciej. Nie wiem czy to ma jakiś związek z porą roku ( latem leci mi najwięcej włosów), czy po prostu Loxon tym razem nie działa? Najbliższe 2 tygodnie mam nadzieję, że wyjaśnia sprawę, a jeśli nie to nie wiem czy odstawić czy sięgnąć po 5%? Niestety jest też opcja, że dorobiłam się anemii i lecą mi teraz z tego powodu, co niestety maskuje realne działanie Loxonu. 

Jak nie urok to sraczka. Na domiar złego od 2 tygodni jest mi po wszystkim co zjem strasznie niedobrze (jak nie zjem zresztą również). Dzisiaj jakoś wyjątkowo odpuściło. Sprawdziłam w sieci: mogę być w ciąży, mieć robaki, tasiemca, wrzody lub anemię. Nie wiem którą z opcji wybrać, każda wydaje się być bardzo "atrakcyjna";)  

Po za tym u mnie w porządku;)
Nadal staram się trochę ignorować, albo bardziej udawać, że nie widzę co się dzieje z moją czupryną. Jak zwykle nie mam na to czasu. To naprawdę jest dobre, znaleźć problem który pozwoli zapomnieć o innym problemie;) Ponieważ jest gorąco cały czas włosy nosze związane moim "kablem telefonicznym". Już nawet nie pamiętam kiedy miałam je ostatni raz rozpuszczone. O dziwo, nie wznoszą sprzeciwu. W tym miejscu wyrazy podziwu dla wszystkich kobiet potrafiących nosić rozpuszczone włosy w 35 stopniowym upale:) 


sobota, 19 lipca 2014

Aktualizacja włosowa i Loxonowa

Minął rok odkąd ostatni raz przekroczyłam próg salonu fryzjerskiego. Mimo tego, że włosy lecą mi strasznie zaparłam się, że nie pójdę ich ściąć. Każde wakacje kończę z bobem na głowie i liczę, że za rok nie będę zmuszona zmieniać fryzury. Chociaż po obejrzeniu zdjęć które zrobiłam z myślą o tym wpisie, wydaje mi się, że i tak powinnam pójść pod nożyce. Uśmiałam się przednio. Jakie one są krzywe!:D Naturalnie włosy mam proste, ale w dzień kiedy robiłam zdjęcia biegałam przez pół dnia z kokiem na głowie i efekt taki, że nie dość, że krzywe, to jeszcze zbaraniały tylko na tym dłuższym fragmencie. Niestety mimo usilnych prób, nie udało mi się ich do "sesji" rozprostować całkowicie. 

Są suche, krzywe i przebijają siwki, ale jak zwykle moje włosy "stanęły" na wysokości zadania i zapozowały przyzwoicie. Przynajmniej tak ja uważa. Od tyłu nie widać, że łysieję. No dobrze, nie oszukujmy się, to tylko zdjęcie, ale w takim razie dlaczego moja twarz tak dobrze nie wychodzi na zdjęciach? Wcale bym się o to nie obraziła. Mało tego, gro osób mnie na zdjęciach nie rozpoznaje! Ale zostawmy ten temat. Może i tą sztukę kiedyś opanuję:) Ponoć teraz umiejętność zrobienia sobie dobrego selfie to podstawa;) Ja już jestem na takie rzeczy chyba za stara;)

lipiec 2014


lipiec 2013



Ponieważ dostaje pytania od was jak tym razem idzie mi z Loxonem, odpowiadam:)
-stosuję od początku czerwca, dwa razy dziennie. Włosy myję z małymi wyjątkami codziennie. Wspominam o tym, ponieważ dzięki temu nie odczuwam większego podrażnienia skóry. 
-od około 3 tygodni mam wzmożone wypadanie włosów. 

***
Może niektórzy pamiętają, jak to postanowiłam zmienić swój tryb życia i trochę o siebie zadbać;) Nie będę wam pokazywać miseczki z owsianką i jagódkami, wybaczcie, aż tak dobrze mi nie idzie;) Jest troszkę lepiej niż było, ale do celu mi jeszcze brakuję, Liczę, że jak już zamontują mi kuchnię, to zacznę gotować i będzie to wszystko miało jakiś ład i porządek. Natomiast jest mniej cukru, nie ma chleba, niestety pojawił się nabiał, ale uznałam go za bezpieczniejszy niż gluten. Więcej ruchu. Nie uprawiam żadnych szaleństw (teraz to nawet nie mogę, bo mam szwy na plecach), ale powrotną drogę z pracy do domu pokonuję na piechotę, co uważam, że jest już dobrym początkiem, biorąc pod uwagę, że do tej pory jednak w moim życiu przodowała komunikacja miejska. Mam mocne postanowienie, żeby również trasa poranna była piszą, ale póki co mam tyle do załatwiania, żebym się już całkiem  z niczym nie wyrobiła. Z tymi spacerami najzabawniejsze jest to, że zaczęłam je na spontanie. Wyciągnęłam stare buty sportowe, które pamiętają jeszcze podstawówkę (dla przypomnienia, mam 30 lat), są strasznie zniszczone, poklejone i przy tym niesamowicie wygodne. Do tego sukienka i torebeczka. Wyglądam...dziwnie. I mam to absolutnie w nosie! Dzięki tym spacerom w tydzień zrzuciłam 1,5 kilo. Od poniedziałku miałam przerwę z "przyczyn technicznych" i mimo, że nie jadłam dużo więcej (no może kapkę), to już nabrałam na siebie 1kg. Wniosek, trzeba się ruszać. 
Pierwszy dzień był męczący. Po całym dniu, godzina 21sza, moje marzenie, zmyć z siebie ten upał i iść spać, a ja idę, idę i idę. Trasa ma  4km, więc nie jest daleko, ale ja chcę już być na miejscu! Do domu dotarłam całkowicie ugotowana. Drugiego dnia to samo, ale już 5tego nie wyobrażałam sobie, żeby wsiąść w tramwaj. Ten prawie godzinny spacer o zmierzchu był najprzyjemniejszą częścią dnia! Wiem, że dla niektórych to banał, bo uprawiają sport, dużo się ruszają, ale dla mnie osoby która odkąd zaczęła pracę zawodową coś takiego jak ruch stał się naprawdę rzadkością, to już naprawdę dużo. Na początku narzekałam strasznie, że nie mam dostępu do internetu, nie mam tv, bo jednak utrudnia mi to życie momentami mocno, jednak widzę teraz tego plusy. I mimo, że net by mi się przydał, chyba jeszcze nie zdecyduję się na jego założenie, a przynajmniej do momentu, aż "ruch" zagości w moim życiu na dobre.
I tym jakże pozytywnym akcentem, życzę wam dzisiaj chłodnego powiewu wiatru w tym skwarze, a ja zabieram się do pracy. Sobota pracująca;)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Aktualne ulubione szampony

Temat kilka razy przewijał się w komentarzach i na tyle często, że pomyślałam, żeby napisać o tym trochę więcej. Mowa o szamponach a zwłaszcza o jednym który moim zdaniem (i jak się okazuje nie tylko) jest bardzo dobrym sprzymierzeńcem jeśli chodzi o walkę z ŁZS.

Od momentu kiedy wycofano Polytar  którego głównym składnikiem była smoła węglowa na ogólnodostępnym rynku nie ma tak naprawdę nic co byłoby go w stanie zastąpić. Są natomiast szampony które w składzie mają dziegcie (Łojotokowa głowa o nich pisała), a jeden z nich przy regularnym stosowaniu radzi sobie naprawdę dobrze: Zioła i Trawy Agafii -ziołowy szampon dziegciowy
Kupiłam go przypadkiem, jako zamiennik dla Green Pharmacy który pewnego dnia w magiczny sposób zniknął z półek. Po kilku myciach moja skóra która była wtedy w stanie absolutnego rozchwiania i na nic nie reagowała, uspokoiła się. Ratowałam się Pirolamem, ale jak to przy tego typu szamponach: działa jak stosujesz, odstawiasz, problem wraca. Natomiast Zioła i trawy w bardzo fajny sposób łagodzą problem. Od bardzo dawna szukałam szamponu który mogłabym z czystym sumieniem każdemu polecić i teraz wiem, że oprócz Emolium to jest produkt który na stałe zagości u mnie na półce.

Więcej o szamponie i składzie możecie przeczytać np. TUTAJ


Nie wiem czy sprawdzi się w przy każdym typie ŁZS. U mnie, gdzie ma formę tłustą to najskuteczniejszy środek.


Drugim szamponem który myślę, że też będzie ze mną na dłużej to Natura Siberica -Neutral Shampoo. On jest zdecydowanie lepiej znany z blogosferze z tytułu tego, że jest to szampon dedykowany dla większej liczby osób. Ma być delikatny i delikatny jest, chociaż zdecydowanie co jakiś czas (zresztą dokładnie tak samo mam z Emolium) trzeba użyć czegoś mocniejszego, żeby doczyścić skórę.  
*Z tego co się orientuję jest jakieś zamieszanie ze składem. Niestety po butelce zostało mi tylko zdjęcie, więc nie jestem w stanie tego zweryfikować.

Aktualnie testuję Fitomed do włosów tłustych, ale chyba się nie polubimy:( Mam nadzieję, że potrzebujemy po prostu więcej czasu, żeby się lepiej poznać, ale początki są kiepskie. Wysuszony skalp mam po nim masakrycznie.


Napiszcie jakie zestawienie szamponów u Was sprawdza się przy ŁZS.


Anegdotka
Pamiątkowe zdjęcie. W nocy z soboty na niedzielę weszłam do łazienki i uznałam, że jest w niej zbyt kolorowo. Po godzinie już na żadnym z kosmetyków nie było etykiety. Szczęście miała tylko pasta do zębów;)

***jak jesteśmy przy kolorach, to czy ktoś wie, co się stało z kolorami na Blogspocie?

niedziela, 29 czerwca 2014

Minoxidil - kilka "ciekawostek"

Powróciłam i od razu przepadłam w natłoku pracy. Witam więc z tygodniowym opóźnieniem:)

Dzisiaj chciałam parę słów powiedzieć o czymś co od początku przewija się przez mój blog, a mianowicie o minoxidilu. Temat znowu zrobił się aktualny, ponieważ z początkiem czerwca po 9 miesięcznej przerwie powróciłam do stosowania Loxonu. To co znajdzie się poniżej, to są luźne informacje na które w między czasie natknęłam się  w sieci. 


  • Minoxidl lepiej sprawdza się u kobiet niż u mężczyzn. Kobiety w większości przypadków cierpią jednak na łysienie rozlane. Oczywiście może być tak, że niektóre obszary przerzedzają się mocniej, jednak zdecydowanie u kobiet rzadziej niż u mężczyzn  dochodzi do cofania się linii czoła. I właśnie ta specyfika łysienia również sprawia, że wzrost włosów w przypadku leczenia jest bardziej prawdopodobny
  • To u kobiet częściej pojawia się dodatkowe owłosienie, nawet w miejscach gdzie minoxidil nie został zastosowany. Wniosek może być taki, że przenika on szybciej do krwiobiegu kobiety. Z tego względu kobietom nie zaleca się minoxidilu w wyższym stężeniu niż 2%. To wszystko wiąże się również oczywiście z innymi skutkami ubocznymi, nie tylko nadprogramowym owłosieniem, ale również obniżonym ciśnieniem krwi
  • Oczywiście minoxidil 5% jest stosowany u kobiet, ale nie bez powodu jest na receptę: musi się to odbywać pod kontrolą lekarza
  • Nadprogramowe owłosienie znika w momencie kiedy minoxidl zostaje odstawiony, bądź jeśli pojawił się w przypadku stosowania 5%, na zmianę na niższe stężenie. 
  • Dodatkowe owłosienie może pojawiać się również podczas stosowania minoxidilu o 2% stężeniu, ale jest bardziej prawdopodobne niż przy wyższym stężeniu, że będzie ono tymczasowe i zniknie bez konieczności odstawiania preparatu. Jeśli tak się nie stanie, można zmniejszyć częstotliwość stosowania minoxidilu bądź całkowicie go odstawić (dodam, że należy uważać przy zmniejszaniu dawki, ponieważ mogą zniknąć nie tylko włosy nad wargą, ale również na głowie, czego ja doświadczyłam)
  • Nadmierne owłosienie zazwyczaj pojawia się na czole, nad górną wagą, na policzkach oraz na rękach i nogach
  • (bardzo ciekawa wzmianka ) Jeśli po odstawieniu preparatu włosy przestają rosnąć, może to sugerować problemy z androgenami (być może to potwierdza teorię, że minoxidil może być stosowany przez osoby które nie mają problemów z androgenami, a po jego odstawieniu włosy nie wypadną)
  • minoxidil okazuj się być lepszy w leczeniu osób które nie mają problemów z zaburzeniami hormonalnymi takimi jak nadmierne wydzielanie androgenów czyli hiperandrogenizm (objawy to np. hirsutyzm, łojotok, trądzik, przyrost masy mięśniowej, zaburzenia miesiączkowania itd.). Więcej o objawach TUTAJ. W takim przypadku skuteczniejsze okazuje się leczenie farmakologiczne (np. lekami zawierającymi octan cyproteronu, np Diane 35 czy Androcur). Jeśli nie mamy objawów hiperandrogenizmu a stosujemy minoxidil, bez efektów, to najprawdopodobniej nie zadziała na nas również octan cyproteronu. Ile w tym prawdy? Bardzo chętnie bym usłyszała opinię osoby która ma typowe AGA i została jej przepisana np. Diana 35. Ja kiedyś tak zostałam zdiagnozowana przez jedną panią endokrynolog, jako osoba z AGA i na recepcie została mi wypisana Diana 35. Leku nie zakupiłam)
i któraś z Was napisała mi niedawno (oczywiście nie mogę teraz tego wpisu odnaleźć), że przed zastosowaniem minoxidilu dobrze jest przygotować skórę serią zabiegów zwiększającymi ukrwienie skóry.

Jeśli macie jakieś pomocne informacje dotyczące minoxidilu, chociażby na bazie własnych doświadczeń poprzez stosowanie preparatów z nim w składzie, to wpisujcie w komentarzach. Będą pomocne dla nas wszystkich:)

*żródło: internet i własne doświadczenia. Niestety nie jestem w stanie wam podać dokładnie źródeł powyższych informacji, ponieważ jak wspomniałam, co mi w międzyczasie wpadło w oczy to zapisywałam. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Nie ma mnie :)

Uciekłam:)
Ucieczkę zaplanowałam już dawno temu. I mimo, że nie wygrzewam się teraz na jakiejś rajskiej plaży tylko biegam po łąkach w mojej rodzinnej miejscowości, to jest cudownie! Niektórzy pracujący ludzie mówią na to urlop, ale dla mnie urlop to minimum 2 tygodnie. Na takowy jeszcze muszę trochę poczekać, ale przecież nie ma co narzekać: dzięki temu, że 19sty jest dniem wolnym, mogłam wyjechać na cały tydzień. Liczę tylko na ładną pogodę, bo co rusz straszą w telewizji ulewami.
Postanowiłam na moim wyjeździe być jak kuracjusz na wczasach w sanatorium: przyjechałam tu, aby się zregenerować:) To również początek mojej drogi do zdrowego ciała. Tak chcę, żeby było: więcej zdrowego jedzenia, więcej ruchu .Ostatnio mój 5 sekundowy bieg na tramwaj który prawie zakończył się zgonem  był dla mnie aż za oczywistym obrazem mojej kondycji. Tak nie może być. Jestem już w takim wieku, że muszę zacząć o to dbać. Wczoraj po raz pierwszy od dawna wyszłam na "spacer". Na szczęście  nie chodziłam sama, bo daleko bym nie zaszła. 1,5h szybkiego marszu...ja zwłoki, ledwo doszłam do domu. I do tego migrena. Jest więc bardzo źle. Strasznie mi brakuje mnie za czasów studenckich, kiedy ruszałam się więcej. A teraz co? Praca-dom, praca-dom. 
I co ważne: muszę zrzucić prawie 10 kg. Aż wstyd się przyznać, że tak się zapuściłam. Zapuściłam to bardzo dobre słowo, bo to nie stało się samo. W 3/4 ubrań już nie wchodzę i gdyby nie to, że preferuję bardzo luźną garderobę, to teraz bym kompletnie nie miała w czym chodzić. No i te "komplementy" od znajomych, jak to mój wygląd się poprawił;)

A włosy? Mam nadzieję, że tylko na tym skorzystają:) Miałam zrobić badania pod kątem anemii, ale zrezygnowałam. Wiem, że mogę ją teraz mieć. Wielkie podkowy pod oczami aż nadto pokazują, że coś nie gra. Uznałam, że lepiej zrobić to w drugą stronę: podreperować się, zrobić badania i jak z wyniki będą dobre a włosy będą nadal leciały w takich ilościach, to znaczy, że przyczyna leży gdzie indziej (ha ha ha co najmniej jakbym  tego nie wiedziała, ale nadal liczę, że to jakiś banał. Tak banał, który trwa 14 lat, wolne żarty).

Zamówiłam już sok z buraków u mojej rodzicielki. Mam nadzieję,  że za jakieś 3 tygodnie, będę mogła już sama takowy wykonywać w mojej własnej kuchni. Nawet człowiekowi takiemu jak ja, który nie cierpi stać w garach może brakować kuchni. Niestety jej brak to też jedna z przyczyn mojego nadmiaru ciała. Żywiąc się na mieście, albo żywimy się źle i zostaje nam coś w portfelu, albo dobrze, ale portfel świeci pustkami. U mnie było to gdzieś pomiędzy, a i tak finansowo wykańcza. 

2 tygodnie Loxonu. Wspominałam ostatnio, że do niego wracam. Na razie stosuję tylko jego. Przez pierwszy tydzień nie odczuwałam specjalnie jego negatywnego oddziaływania na skórę, ale niestety im dalej w las, tym bardziej mija wysusza. Wiadomo, alkohol. Na razie stosuję jeszcze 2 razy dziennie: rano i wieczorem na 2h przed myciem. Zobaczę jak będzie później, czy skóra będzie znosić aplikację 2 razy dziennie, czy tak jak 2 lata temu będę musiała ograniczyć się do jednego razu.

Ostatnio koleżanka zapytała mnie czy zapuszczam włosy. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam,: nie, po prostu ich nie obcinam. Na razie....

Uciekam na spacer:)

niedziela, 1 czerwca 2014

Częste mycie skraca życie?

...czy na pewno i czy w każdym przypadku?
O przedłużaniu świeżości włosów powstało już sporo wpisów. Sama zresztą swojego czasu namiętnie testowałam wszystko co pozwoliłoby mi się cieszyć czystą skórą chociaż kilka godzin dłużej. Niestety jedyne na chwilę obecną co dało realny efekt to  tabletki hormonalne.

Ale o co chodzi z tym myciem? Wiele osób namawia, aby spróbować wydłużyć czas między myciami, czyli mówiąc potocznie, "przetrzymać włosy". Efekt ma przyjść, ale po dłuższym czasie, więc trzeba uzbroić się w cierpliwość. Moja próba przetrzymania włosów, tak żeby były świeże 2 dni trwała 3 lata!!! Zawsze, ale to absolutnie zawsze, drugiego dnia czułam jakby wściekłe pchły skakały po mojej głowie. Znajoma która wtedy ze mną pracowała, powiedziała, że nie rozumie dlaczego ja tak się męczę. Ona myje głowę codziennie i problem z głowy. Natomiast ja byłam pewna, że robię dobrze, że tylko w taki sposób sobie pomagam. Jeśli zacznę myć codziennie to jeszcze bardziej zwiększy produkcję sebum i skończy się to tym, że będę miała tłuste włosy już po myciu. Byłam trochę między młotem a kowadłem: z jednej strony wyglądałam nie za ciekawie (ale to akurat byłam w stanie znieść), swędzenie było straszne i cały "drugi" dzień odliczałam minuty, aż pójdę do domu i umyję głowę, a moim wyobrażeniem jak powinna wyglądać pielęgnacja mojej chorej skóry.
Dermatolog po tym, jak poskarżyłam się na mój stan, zasugerowała, żeby spróbować jednak myć codziennie głowę, skoro skóra tego potrzebuje. Zresztą pewnie wiecie, że są dwa obozy wśród dermatologów: jedni twierdzą, że trzeba przetrzymywać, a drudzy, że trzeba myć. Ostatecznie o wszystkim przesądziło rozpoczęcie stosowania Loxonu. Powodował on u mnie niesamowite podrażnienia i codzienne mycie stało się koniecznością.

(kieruję to do osób które czytają a mają ŁZS)
Jest jedna ważna zasada: skóra z łojotokiem czy ŁZS rządzi się innymi prawami. To trzeba sobie wbić do głowy.  Jak wyżej napisałam, jest wiele sposobów na przedłużanie świeżości, ale one mogą, ale wcale nie muszą być skuteczne u kogoś z chorą skórą. Trzeba na sobie sprawdzić, ale pamiętając, że Nasza skóra (w sensie  tych trzepniętych ŁZSem) potrafi się przetłuścić w ciągu zaledwie chwili. Tu nie potrzeba całego dnia, wystarczy 1-2h. I czasami możemy sobie narobić niezłego kuku takimi "przedłużkami". Mi nie raz zdarzyło się "nabrać" na to, że moja skóra jest jeszcze świeża. Wystarczyło, że wyszłam z domu i dojechałam do pracy a już nadawała się do mycia. I męcz się tu człowieku cały dzień jak Cię swędzi i piecze, a przy tym wszystkim skup się jeszcze na pracy i nie wyglądaj jak zapchlony pies.

Odkąd zaczęłam myć skórę codziennie, przestałam mieć problemy z łupieżem. Oczywiście pojawiają, czopy łoju również są, ale to jest sytuacja absolutnie bez porównania. Dobór szamponów, zmiana  pielęgnacji skóry też jest też oczywiście miały ogromne znaczenie, ale jednak widzę, co się dzieję, kiedy włosy myję rzadziej.

Niedawno Kamila spisała chyba najważniejsze sposoby walki o świeże włosy (zachęcam do przeczytania, może znajdziecie tam sposób który wam pomoże). W jej spisie były dwie pozycje  przed którymi zawsze się broniłam:
  • mycie włosów rano
  • spinanie/ wiązanie włosów na noc
Mycie włosów rano = suszarka. Nie ma innej opcji, a wstawać o 3ciej rano na pewno nie będę, żeby myć włosy! Natomiast spinanie na noc było dla mnie o tyle kontrowersyjne, że ja staram się swoich w ogóle nie spinać. To jednak osłabia cebulki. 
Ale bez ryzyka nie ma zabawy;) Postanowiłam przetestować. W pierwszej kolejności udałam się do "budki z gumkami" (wiecie, taki budki co stają na środku korytarza w centrach handlowych i zabierają 3/4 z przejścia).  Kiedyś Alina na swoim blogu  wrzuciła wpis o takich gumkach-sprężynkach  i postanowiłam je odnaleźć. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu kupiłam je już w pierwszej "budce". Do wyboru do koluru, grube, cienkie, mocno skręcone, lekko skręcone. Jedyny minus taki, że nie było czarnych. Dla testu wzięłam dwie różne. Niebieską na noc, a brązową na dzień. To co w dwóch zdaniach mogę powiedzieć o samych gumkach to, że się trzymają nawet na lichych włosach, nie ciągną i nie zsuwają się w nocy, aczkolwiek trzymają bardzo lekko, czyli jak zmajstrujemy sobie takiego bobka na głowie,  to może go nie utrzymać (zwłaszcza jak postanowimy gonić tramwaj). Nie wiem jak będzie się sprawdzać na włosach które mają większą porowatość, podejrzewam, że lepiej, bo takie włosy zawsze dla mnie były bardziej podatne na różnego typu wygibasy, więcej dało się z nimi zrobić. Moje są bardzo śliskie i zaraz się wysuwają.

Ta "ogromna" ilość włosów (tu uprzedzam komentarze), to pokazanie, jak gumka trzyma włosy. Bądź jak kto woli, nie trzyma, ponieważ zdjęcie zrobiłam do razu po związaniu, a widać, że fryzura "wisi". 


Wracając do samego testu:
  • test trwał 4 tygodnie 
  • faktycznie włosy spięte w nocy, przetłuszczały się mniej, ale z drugiej strony to co napisałam wyżej: przy ŁZS, łojotoku wystarczy chwila i już jest smalec, więc jeśli umyłam włosy wieczorem i je związałam na noc, to jak najbardziej ok.
  • myłam włosy z różną częstotliwością: codziennie rano, co 1,5 dnia, czyli raz rano raz wieczorem, albo jeśli była taka możliwość to co 2 dni,
  • mycie codziennie rano czyli suszarka było dla mnie najkorzystniejsze. Na szczęście okres zimowy za nami i mogłam faktycznie korzystać z suszarki częściej(w zimie suszarka i czapka wykańczały moją skórę). 
  • mycie co 1,5 dnia. Żeby jednak wytrzymać 1,5 dnia musiałam mieć włosy związane cały czas. Czyli nie tylko na noc, ale również w ciągu dnia. I absolutnie żadnego czesania! Jak wysuszyłam, związałam (bez czesania, bo po suszarce i tak nie jestem w stanie ich rozczesać) tak musiały zostać do następnego mycia.
  • mycie co 2 dni, było możliwe tylko jeśli umyłam włosy rano i później nosiłam je cały czas związane. Dla skóry to nie było dobre, zupełnie. Przed samym myciem pod paznokciami było naprawdę sporo łoju (sytuacja jak sprzed 2 lat)
  • to ile włosy wytrzymywały oczywiście było zależne od szamponów. Na chwilę obecną mój numero uno to dziegciowy Babuszki Agafii.
  • włosy związane, cały czas, w nocy i w dzień, są mniej przetłuszczone niż te które są cały czas rozpuszczone bądź związane tylko na noc. Tu jest sprawa dosyć prosta: choćby nie wiem jak się starać, nigdy nie unikniemy dotykania włosów. One w jakiś magiczny sposób zawsze pod rękę podejdą. Związane już nie.
  • i to co mnie zawsze intrygowało....przy związanych włosach skóra mniej swędzi. 

Podsumowując/ wnioski:
  • wiązanie na noc się sprawdza i chyba będę to praktykować częściej. A latem już na pewno! Tak samo mycie rano a nie wieczorem, ale też na pewno nie zawsze. Jednak tak jak wspomniałam: włosy będą dłużej świeższe jeśli będą związane cały czas, czyli nie tylko na noc
  • zauważyłam jedną rzecz, ale nie mam 100% pewności, że ma to związek z tym, że włosy były przez większość miesiąca związane: mam zaróżowioną skórę. Czyli o ile się nie mylę, oznacza to niedotlenienie.
Ale najważniejsze:
Jak eksperyment wpłynął na wypadanie włosów?
  • Samo wiązanie nie zauważyłam, żeby zwiększyło wypadania włosów, a tego się obawiałam bardzo. Zapewne to też zasługa sprężynek i ich lekkiego "uścisku". Natomiast tak jak w moim przypadku, nie czesanie włosów po suszeniu ma później swoje odbicie podczas mycia.

Czy udało mi się przedłużyć świeżość włosów "na stałe":
  • Nie. Mimo, że przez większość eksperymentu myłam włosy co 1,5-2 dni. Może ten miesiąć to za krótko, ale nie sądzę. Jak wspomniałam mój poprzedni "eksperyment" trwał 3 lata i różnił się tylko tym, że nie wiązałam włosów na noc i częściej myłam je wieczorem, niż rano.
Jak odbiło się na skórze rzadsze mycie:
  • Jeśli myłam włosy co 1,5 dnia i miałam związane cały czas, to skóra to nawet znosiła (chociaż też nie zawsze). Mycie co 2 dni, to dramat. Czyli sytuacja którą opisałam na początku postu.
To tak pokrótce:) 
Wam coś pomaga, czy też jesteście tak samo oporne jak ja?:D

czwartek, 8 maja 2014

To nie będzie post o włosach...

....to nie będzie post o łysieniu, to będzie zapis ogólnego wkurzenia.
Wspomniałam jakiś czas temu o tym, że będą mi wykonywać zabieg usunięcia "czegoś" z nosa (już wiem, że to tzw. znamię komórkowe). Nie jest ono bardzo widoczne, ale jednak deformuje mi nos. Na takim etapie jak mam je aktualnie jestem w stanie z nim życie. Bardziej obawiam się tego, że urośnie jeszcze bardziej. 
Dzisiaj byłam w poradni w szpitalu. Moja pani dermatolog która tam urzęduje na co dzień wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do jakiegoś obcego lekarza i zostawiła z tekstem: dogadajcie się i ustalcie co robicie. Ok, ustalamy. Wiem, że nadal nic nie wiem i robię to na własne ryzyko i nikt mi nie nie powie z czym ostatecznie zostanę na nosie.
-A zabieg kiedy? 
-No teraz
Ok, ja to muszę przemyśleć, bo jednak przyszłam z informacją, że może uda się to załatwić w taki sposób, żeby było mało inwazyjnie a tu jednak laser, blizna i czerwony nos przez najbliższe pół roku. To nie decyzja na JUŻ.
Oczywiście w takiej sytuacji zawsze wykonuję telefon do przyjaciela, czyli do mamy. Stanowisko mojej mamy w  tym momencie jest bez znaczenia, ale zadała bardzo trafne pytanie: czy to jest zabieg za free? 
No chwila, chwila...przyszłam do szpitala na umówioną wizytę, a nie do prywatnej kliniki. Dla mnie oczywiste, że za free. Ale czy na pewno...
Wracam do mojej dermatolog i pytam czy ten zabieg jest płatny?
-A jak się umówiłaś z Panem Doktorem? Ja nie wiem.
Mi w tym momencie ciśnienie skoczyło. Poszłam do niej prywatnie na wizytę, za którą zapłaciłam, żeby umówić się na usunięcie znamienia, którego jak się okazało ona nie wykonuje, tylko inny lekarz. I teraz muszę temu lekarzowi zapłacić za ten zabieg , bo ostatecznie okazało się, że jednak jest  płatny mimo, że w szpitalu. To ja się k****a pytam: za co ona wzięła ode mnie pieniądze? Byłam pewna, że płatna wizyta w jej prywatnym gabinecie jest jednoznaczna z bezpłatnym zabiegiem. 

Czy to w ogóle wymaga komentarza? Chyba nie. 

Wybaczcie, musiałam to z siebie wyrzucić, bo w pewnym momencie myślałam, że mnie rozniesie. Gdybym mogła sobie pozwolić na takie wydatki, może bym podeszła do tego na spokojnie, ale dla mnie w tym momencie mieć czy nie mieć tych pieniędzy jest znaczące! 

piątek, 2 maja 2014

Ducray Neoptide - efekty

Obiecałam w poprzednim poście, że napiszę kilka słów o Duray Neoptide. Stosuję go już  3 miesiące, więc w teorii tyle ile powinna trwać cała kuracja. Ponieważ kilka lat temu Duray pomogło mi opanować wypadanie włosów, więc i tym razem pokładałam w nim nadzieje.


Duray Neoptide jest dedykowane dla kobiet z przewlekłym wypadaniem włosów. Po pierwsze ma zatrzymywać wypadnie włosów, po drugie ma stymulować wzrost nowych włosów. 

  Krótko o produkcie:  
  • Kuracja na 3 miesiące
  • W opakowaniu mamy 3 buteleczki, każda po 30ml. 
  • Cena w sklepach stacjonarnych: około 200,00zł


  Sposób użycia:  
  • Na suchą skórę głowy aplikujemy 1ml produktu, co odpowiada 12 "psiknięciom". Następnie przez około 2 minuty wmasowujemy płyn. Nie spłukujemy. 
  • Nie podrażnia skóry głowy, ale po aplikacji "rozlewa" się po skórze, wiec trzeba uważać, żeby nie spłynął po twarzy (na szczęście nie zdarzyło mi się, żeby płyn dostał się do oka, wiec nie wiem czy działa drażniąco).
  • W momencie kiedy zostaje nam w buteleczce poniżej 10ml, aplikacja jest trudniejsza. Żeby rozpylić płyn trzeba trzymać buteleczkę w pionie, co nie jest wygodne. Niestety to się tyczy chyba większości preparatów z rozpylaczem.


  więcej informacji na zdjęciu opakowania:  



  Efekty:  
  • Przez pierwsze 2 miesiące nie widziałam właściwie żadnych efektów jeśli chodzi o samo wypadanie włosów. Natomiast pojawiło się trochę nowych włosów (nie była to jednak taka ilość jaką zauważyłam chociażby po stosowaniu Seboradinu)
  • Po 2 miesiącach wypadanie włosów zmniejszyło się o około 1/3 i taki stan utrzymuje się do teraz. Nie widzę jednak żeby przybyło więcej nowych włosów i odnoszę wrażenie, że te które odrosły już wypadły.
  • Niestety mam teorię, że to nawet nie sam Ducray ograniczył moje wypadanie włosów, chociaż nie jest to różnica bardzo widoczna, ale CZAS. Wypadanie włosów powyżej 100ki dziennie wzmogło się około 4 miesięcy temu i trwało 3 miesiące. Wnioskuję więc, że był to telogen wywołany odstawieniem tabletek i dużym stresem którym miałam w tamtym czasie. 
  Wnioski:  
  • Ilość nowych włosów nie rekompensuje straty starych, więc uważam, że produkt się nie sprawdził. 
  • Ceną do efektów przegrywa 100%

***
i co teraz? Loxon znowu?

czwartek, 24 kwietnia 2014

U dermatologa

...jak przeczytałam co napisałam to uznałam, że szkoda czasu na czytanie tego. Kogo to obchodzi, że poszłam do dermatologa? Wybaczcie taki wstęp, ale serio czasami się zastanawiam, czy tak naprawdę to, że ja coś takiego piszę ma w ogóle sens? I tak, chyba to jest pytanie na które chciałabym żebyście mi odpowiedzieli. 

***
Czy Wy też macie tak, że wyjazd w inne miejsce równa się strajkująca skóra i włosy? Ja mam to za każdym razem jak odwiedzam rodziców. To jest coś niesłychanego. Moja skóra swędzi tak, że kilka razy dziennie idzie Cerkogel, bo nie jestem w stanie wytrzymać. Włosy puszą się strasznie,  mimo masek i odżywek. Wyglądają jak spalone słońcem, na dodatek cały czas w strąkach.  Ogólnie nie są one w najlepszej kondycji, bo jednak moja pielęgnacja ogranicza się tak naprawdę tylko do odżywek, ale ich wygląd w czasie Świąt wołał o pomstę do nieba. Cały czas miałam związane, bo aż wstyd było chodzić w rozpuszczonych. Wczoraj po powrocie do Wro umyłam głowę w "swojskiej" wodzie, nałożyłam maseczkę i dzisiaj wyglądają jak z reklamy;) Swędzenie również minęło. Czary mary.

Z czym dzisiaj przychodzę? Z kolejną wizytą, tym razem u dermatologa. Co prawda moja dzisiejsza wyprawa była pod innym wezwaniem niż włosy, ale skoro odwiedzam "starą znajomą", to czemuż i tego tematu by nie poruszyć? Temat włosów mam z nią już wyczerpany, więc absolutnie nie liczyłam, że coś nowego nasza rozmowa wniesie, aczkolwiek dowiedziałam się, że moje włosy wyglądają bardzo dobrze. Serio? To chyba ta wczorajsza maseczka zrobiła taki dobry look;) Dostałam namiary na innego endokrynologa, ponieważ Pani dermatolog jest takiego samego zdania jak ja: PCOS trzeba leczyć. Natomiast aktualnie unormowane hormony trochę komplikują sprawę. Bo jak tu iść z czymś co się przedstawia dobrze? I w sumie sama się zaczynam zastanawiać co z tym fantem zrobić. Chwilowo jednak odkładam ten temat na półkę, bo mam inne rzeczy na głowie którymi absolutnie muszę się zająć. Będą mi twarz ciachać i kurcze trochę się tego boję:( Żyję sobie z taką...hmmm...naroślą (nie wiem co to jest) na nosie. I dopóki było to cudo małe, to się tym nie przejmowałam.  Uważałam, że lepszy mały cudak którego prawie nie widać, niż blizna na nosie. Niestety mam straszną tendencję do bliznowców, więc obawy uzasadnione. Z biegiem lat jednak cudak urósł. I teraz go bardzo widać. Mówiąc wprost, deformuje mi nos. Wyglądam jak baba jaga. Tylko, że moja narośl jest na czubku nosa. Druga sprawa, to znamię które muszę w końcu sunąć, a też ten temat odwlekam i odwlekam. Czasami ktoś powinien mnie w tyłek kopnąć. 

Dowiedziałam się, że z moją skórą to się nic nie zrobi, mam ŁZS ( w końcu, po raz pierwszy, powiedziała to ona sama, dużymi drukowanymi literami), mam uważać na dietę, nie jeść słodyczy, ostrych rzeczy i nie pić alkoholu. Ok, to już wiemy;) Temat przerobiony na wszystkie strony. I jest jak najbardziej prawdziwy: alkohol i ostre rzeczy naprawdę mocno pogarszają stan skóry. 
Zapytałam, czy na mojej skórze nie bytują jakieś grzyby itd, ale ona uważa, że to tylko sprawa drożdżaków, i żadnej grzybicy skóry absolutnie nie mam. Diagnoza zza stołu, żeby nie było wątpliwości. Ok, ona zna moją skórę, ale ostatnia wizyta była 1,5 roku temu, coś mogło się w tym temacie zmienić. Czy ja się czepiam? Chyba nie:)
Dowiedziałam się również, że nużeniec to wymysł mediów do straszenia ludzi: nużeniec jest i będzie i każdy go ma, a ja na pewno nie mam nużycy. Fajnie, ale hormony też podobno miałam mieć w porządku, a badania pokazały coś zgoła innego. Skąd więc pewność, bez badań, że coś mam a czegoś nie mam? Coraz bardziej zaczynam się utwierdzać w przekonaniu, że lekarzy jednak trzeba co jakiś czas zmieniać. Oni idą na pamięć.
I dostałam Stieprox. Nie pamiętam jego działania, ale w zapiskach z notatkami pojawia się, czyli przynajmniej jedną butelkę musiałam kiedyś mieć. 

***
Jestem już na finiszu z Ducrey Neoptide, więc postaram się niedługo wysmarować coś na temat efektów.